Pierogi z mięsem na śniadanie i inne osobliwości


Polecam relacje z wypraw na Białoruś:

Co jest w Telewizji Białoruś?

Drodzy czytelnicy, jeśli z zapartym tchem czekaliście na kolejne sensacyjne wieści o tym, co słychać w Telewizji Białoruś – rozczaruję was:Nic nie słychać.

TV Białoruś przypomina skrzyżowanie TV Polonia z TV Trwam. Z wyjątkiem wiadomości, które są jedyne w swoim rodzaju. Jak już pisałam, TV Białoruś jest to kanał satelitarny, w zamyśle coś w stylu naszej Polonii. Można więc mieć nadzieję, że naziemne kanały telewizji białoruskiej wyglądają może nieco inaczej – ale programy informacyjne są z pewnością te same…

Cóż, podczas gdy w naszych wiadomościach krajowych codziennie obwieszcza się różnorakie problemy i tragedie – a to ktoś zamordował rodziców, a to dzieci wypadły z okna, w polityce zamęt, protesty i rozróby – w białoruskich wiadomościach krajowych panuje niewzruszony spokój. Kraj, w którym nic się nie dzieje. Problemy nie istnieją: nie tylko w polityce, ale i w codziennym życiu. Nie ma wypadków ani nikt nikogo nie morduje. Dzieci na koloniach (reportaż z kolonii). Początek żniw (Białoruś zbierze w tym roku x ton zboża). Zbiory zielonego groszku (Białoruś zbierze w tym roku x ton groszku). Czasem mignie prezydent na manewrach wojskowych z Rosją.

 

 

Poza wiadomościami – czerstwe filmy produkcji ZSRR (to analogia z TV Polonia) i tandetne talk-showy młodzieżowe (to, wbrew pozorom, analogia z TV Trwam). Napiszę więcej o tych ostatnich: podobnie jak w TV Trwam pokazywane są programy „dla młodzieży”, w których odbywa się „debata” na różne ważkie tematy. Dwie grupy młodych ludzi argumentują za lub przeciw, np. ostatnio było o tym, czy władza i pieniądze są istotne w życiu. Padały same słuszne sformułowania. Największym podobieństwem do produkcji TV Trwam jest to, że „dyskutujące” osoby wygłaszają wyuczone na pamięć kwestie. Największą różnicą – lepsza scenografia w TV Białoruś.


Radio Wolna Europa manipuluje!

Radio Wolna Europa podaje, że według najnowszych badań katastrofa w Czarnobylu spowodowała wzrost zachorowań na raka tarczycy. Zainteresowało mnie to, ponieważ na moim blogu od jakiegoś czasu prowadzę kampanię demitologizacji skutków Czarnobyla. Dotychczas podawałam za znanymi mi źródłami, że jedyny wzrost zachorowań na raka, jaki zanotowano, to rak tarczycy u dzieci. Tymczasem RWE zdaje się twierdzić, iż udowodniono wzrost zachorowań na ten nowotwór w ogóle…

Okazuje się, że to manipulacja!

Znalazłam oryginalny artykuł w Journal of the National Cancer Institute, a także jego streszczenie na witrynie Science Daily. Ukraińsko-amerykańskie badania pokazały dokładnie to samo, o czym już wcześniej było wiadomo i o czym sama pisałam: Wzrost zachorowań na raka tarczycy zanotowano tylko u dzieci i młodzieży.

W przytaczanej obecnie najnowszej pracy przebadano grupę 13 127 osób poniżej 18 roku zycia. Odnotowano wzrost ryzyka zachorowania na raka tarczycy u dzieci do 9. roku życia (chodzi o wiek w dniu awarii w Czarnobylu). U starszych zanotowano raczej spadek ryzyka, jednakże był on w granicach błędu statystycznego. Wśród wszystkich badanych zaobserwowano 45 przypadków raka tarczycy, podczas gdy w normalnych warunkach powinno być tych przypadków około 11.

Należy dodać, że ten typ nowotworu względnie łatwo się leczy i spośród wszystkich wcześniej udokumentowanych przypadków zachorowań (tzn. nie tylko tych przedstawionych we wspomnianym wyżej badaniu, lecz we wszystkich znanych badaniach) na raka tarczycy zmarło tylko 9 osób.


Dziś w TV Białoruś

Obejrzałam dziś białoruskie wiadomości oraz następujący zaraz po nim program publicystyczny „W centrum uwagi”.

W telewizji pokazano:

  • Promocję studentów szkoły wojskowej. Tęga pani oficer przeprowadziła uroczysty apel w obecności wzruszonych rodziców. Młodzi żołnierze zapewniają, że „teraz czują się prawdziwymi mężczyznami”.

    Ta zażywna pani oficer rozpoczęła apel słowami:
    „Zdrawstwujtie towariszczi kursanty!”

     

  • Zjazd zjednoczeniowy białoruskich partii komunistycznych. „Od dziś Białoruś znów będzie miała jedną partię komunistyczną”.

    „To nasz kraj i my o niego walczymy…
    Jak powiedział nasz prezydent, Aleksander Łukaszenko…”

  • Akcję letnią Białoruskiego Republikańskiego Związku Młodzieży – ochotnicza praca na budowach.

     

  • Gorszące przepychanki w parlamencie Ukrainy, świadczące o „bezhołowiu i rozpadzie państwa – oto co zostało po przewrocie”.

     

  • Długą relację ze szczytu G8
  • Długą i straszną relację o groźbie terroryzmu nuklearnego i potrzebie stanowczej obrony.

     

  • Zaraz po niej… entuzjastyczny reportaż o współpracy białorusko-irańskiej. Produkty technologii białoruskiej takie jak ciężarówki MAZ będą sprzedawane do Iranu, „państwa bogatego, pełnego taniej benzyny i tak dużego, że… nawet Chińczycy nazywali go ogromnym krajem [sic!]”

    Białoruska technologia w Iranie

     

  • Problemy przemysłu drzewnego – producenta „strategicznego surowca Białorusi” – roztropnie acz z ojcowską surowością rozwiązywane przez prezydenta Łukaszenkę.

     

    Prezydent Łukaszenka rozwiązuje problemy przemysłu drzewnego.
    Proszę zwrócić uwagę na minę obsztorcowywanego dyrektora.

    Ogólne wrażenie jest takie, że Białoruś to kraj bezproblemowy, a jeżeli już coś nawali, wówczas sprawę mądrze i wnikliwie rozwiązuje pan prezydent. Jedyne, co może sprawić kłopoty krajowi, pochodzi z zewnątrz i jest to nuklearny atak terrorystyczny.

Kwas chlebowy

Kwas chlebowy. Słowiańska odpowiedź na Coca-Colę. A raczej na odwrót –
Coca-Cola jest zachodnią odpowiedzią na odwieczny słowiański kwas.

To zaskakujące przy pierwszym spróbowaniu, ale dobry kwas wygląda i smakuje
naprawdę podobnie do Coca-Coli. Ma jednak wyraźną nutę aromatu chleba.
Jest nieco mniej słodki i pierwszorzędnie nadaje się do gaszenia
pragnienia w upały.

twoserge.fotolog.pl – to blog fotograficzny z Białorusi, opatrzony tekstami po polsku. Piękne zdjęcia. Bardzo polecam. (Uwaga: niektóre starsze nie otwierają się… Ale większość zdjęć można oglądać bez problemu.)

Pozwalam sobie wkleić klimatyczne zdjęcie z foto-bloga:


Zdjęcie: twoserge.fotolog.pl

W krajach byłego Związku Radzieckiego kwas można kupić butelkowany – w wielu odmianach, różniących się niuansami smakowymi i stopniem "prawdziwości". Tak – sprzedawane są bowiem również podróbki kwasu wykonane ze sztucznych aromatów. Jednak najlepszy i najprawdziwszy kwas kupuje się z beczkowozu. Takie cysterny stoją latem na ulicach wszystkich miast. W wielu miejscach (np. we Lwowie pod dworcem) nalewany jest do szklanki niejednorazowego użytku…! – jednakże za specjalną dopłatą można dostać kubek jednorazowy. Można też oczywiście podstawić własny pojemnik. Napój z każdego beczkowozu smakuje inaczej. Czasem można się naciąć na niedobry. Ale nie należy się tym zrażać. W większości beczkowozów napój jest naprawdę pyszny.

Kwas robi się ze sfermentowanego chleba, dość podobnie jak żurek – tylko że na słodko. Sztuka jego wyrobu była od wieków znana we wszystkich krajach słowiańskich, niestety w powojennej Polsce została zapomniana. Pewnego razu, po powrocie z Ukrainy, postanowiliśmy z mężem zrobić prawdziwy domowy kwas. W tym celu znaleźliśmy XIX-wieczną książkę kucharską, która w swej starości wyglądała na godną zaufania. Jak zwykle w tego typu książkach wszystkie produkty obliczone były na ilość konsumentów typową dla dworku ziemiańskiego… Wyprodukowaliśmy więc w efekcie jakieś 10 butelek kwasu. Receptura stanowiła, że butelki szklane należy szczelnie zakorkować i leżakować przez kilka dni. Zgodnie z zaleceniami zakorkowaliśmy i ułożyli w szafce kuchennej.

…Następnego dnia – a była to niedziela – równo o 6. rano obudziła nas eksplozja. Wszystkie butelki naraz z wielkim hukiem wybuchły, aż otwarło drzwiczki od szafki i kuchnia została zalana potopem kwasu…


Telewizja Białoruś

Zanim zaczniemy natrząsać się i szydzić – wiadomość, która popsuje nam humor: Żadna polska stacja telewizyjna nie emituje na żywo w internecie swoich programów. Telewizja Białoruska – i owszem. (A propos, również kilkanaście kanałów telewizji rosyjskiej jest dostępnych online.) Naszego "nowoczesnego" kraju nie stać na emisję telewizji w sieci. Brawo.

Od dziś zaczynam obserwację telewizji białoruskiej. W internecie dostępny jest państwowy kanał satelitarny "Belarus-TV". Jakość odbioru oczywiście zależy od waszego łącza. U mnie widać całkiem nieźle, transmisja: 96 kb/s.

Dziś od rana lecą na przemian filmy dla dzieci produkcji ZSRR i programy wojskowe. W tej chwili – relacja z rosyjsko-białoruskich manewrów wojskowych. Trenowano wspólną obronę przeciwko umownemu państwu Bugia. Rosyjska Niezawisimaja Gazieta twierdzi, że pod tym kryptonimem kryła się Polska lub Ukraina (patrz notka w Gazecie Wyborczej). Reportaż z ćwiczeń ilustrowany jest pieśniami z II wojny światowej, zapewnieniami, że oczywiście działania ćwiczone przez armię nie mają charakteru agresywnego lecz obronny i podkreślaniem wagi współpracy militarnej Rosji i Białorusi.

O godzinie 14:40 naszego czasu – bardzo interesujący punkt programu:

Melodramat społeczny "Egzamin na dyrektora"

:-)))))))))))

Śmiesznie? Może i tak, ale… jak dla zachodniego odbiorcy wygląda nasza TV Polonia z prastarymi polskimi produkcjami i napisami po "angielsku"? Czy aby dużo lepiej?


Słoń a sprawa białoruska

Mieszane uczucia – to zbytnie owijanie w bawełnę. Mam zupełnie negatywne uczucia po przejrzeniu ostatnich numerów "Czasopisu", pisma mniejszości białoruskiej w Polsce. Skrajność i wręcz histeryczność ocen stawianych w tekstach "Czasopisu" przypomina sposób myślenia wielu środowisk polonijnych. Wyciągam z tego wniosek, że każda mniejszość narodowa może cierpieć na problemy z samą sobą: gdy świat otaczający ocenia wyłącznie przez pryzmat samej siebie, wtedy każde zjawisko wokół zdaje się być albo spowodowane przez Naród, albo godzące w Naród, albo inny jeszcze niesłychanie ważki sposób związane z Narodem. W przypadku Polaków taka postawa nazywa się: "słoń a sprawa polska".

W "Czasopisie" Sokrat Janowicz, białoruski pisarz mieszkający w Polsce, stawia kontrowersyjną tezę o "białoruszczeniu Polski". Otóż powiada on, że politycy obecnie rządzący w Polsce (Marcinkiewicz, Kaczyńscy, Jurgiel, Maksymiuk, Anusz…) są potomkami białoruskich repatriantów. A ponieważ Białorusini są narodem chłopskim, stąd – zdaniem Janowicza – zaściankowość i wiejska mentalność tychże polityków. Pisarz zwraca uwagę, że wszelki totalitaryzm wykwitał na podłożu wiejskiej umysłowości i że najważniejsi działacze nazizmu i komunizmu byli z pochodzenia chłopami.

Nie mam dobrego zdania o rządzącej obecnie ekipie, ale po raz kolejny muszę powtórzyć moją niestety ulubioną ostatnio sentencję: Amicus Plato, sed magis amica veritas. Z każdym zdaniem Janowicza można by dyskutować i w większości przypadków łatwo pokazać, że jego argumenty są po prostu nieprawdziwe.

Kolejnym przykładem "słonia i sprawy białoruskiej" są teksty Jerzego Wolskiego, w których kierowany szlachetnymi przecież intencjami podtrzymywania dziedzictwa kultury białoruskiej – histerycznie beszta młodzież za to, że nie czują się Białorusinami, gdy tylko jedno z rodziców lub nawet tylko starsi przodkowie byli tej narodowości. Podobnie histerycznie podchodzi do przypadków przejść z prawosławia na katolicyzm – "porzucenie naszej wiary!".

Jakkolwiek rozumiem, że autor kieruje się zbożną ideą – nie potrafię zrozumieć jego zacietrzewienia. Opisane burzliwe rozmowy Wolskiego ze studentami to przykład wchodzenia z butami w cudzą prywatność. Autor naprawdę nie potrafi zrozumieć, że wszelkie decyzje dotyczące tożsamości narodowej i religijnej ostatecznie należą do sumienia każdego człowieka i że nikt z zewnątrz nie ma prawa wystawiać za to ocen.

Przy tej okazji warto się zastanowić, jak wypada myśleć o "zsowietyzowanych" lub "zrusyfikowanych" Białorusinach, którzy wszak stanowią większość na Białorusi? Czy sytuacja jest analogiczna? Białoruś, leżąc pomiędzy Rosją a Polską, ma zapewne równie dużo wspólnego z polską historią i kulturą, co z rosyjską. Ruskość, polskość, rosyjskość, przeplatały się w tym kraju wraz z kolejnymi epokami historii. Czy nie jest czasem tak, że istnieją Białorusini, którzy bardziej przyznają się do tej "polskiej" części historii, oraz Białorusini, którzy wybierają raczej część "rosyjską"? Czy ktoś powinien ich za to oceniać?

A jako ogólny morał z tych pouczających lektur proponuję: warto wyluzować…


Poszukiwani wolontariusze do towarzystwa dla białoruskich studentów

Program stypendialny rządu RP dla białoruskich studentów represjonowanych przez władze w swoim kraju rozpoczyna działalność. Na początek – Białorusini zostaną w sposób praktyczny zapoznani z naszym krajem. W związku z tym poszukiwani są wolontariusze na okres wakacji, chcący połączyć przyjemne spędzenie lata z pomocą dla białoruskich kolegów:

Od opiekunów oczekujemy trzech spraw, ale zapewniamy, że nie będzie to wymagająca praca:

  1. Nawiązania kontaktów towarzyskich, wprowadzenia w Warszawę. Zależy
    nam przede wszystkim na tym, żeby studenci poznali warszawiaków i
    ciekawe miejsca w naszym mieście, żeby nie bali się iść na kawę dalej
    niż do baru za rogiem. Będziemy dla nich organizować weekendowe wyjścia
    w 20-30 osobowych grupach do kina, parku czy na piłkę (chcielibyśmy,
    abyście i Wy, w miarę możliwości, w nich uczestniczyli), ale ciężko
    będzie nam taką grupę zabrać w weekendowy wieczór do knajpy na piwo. W
    takiej grupie ciężko też bliżej się poznać. Dlatego zależy nam,
    żebyście i Wy wprowadzili ich w Warszawę: zabrali na imprezę, do
    knajpy, poznali ze swoimi znajomymi. Wbrew pozorom, wcale nie będzie to
    wymagać dużo zachodu – studenci będą mieli strasznie napięty program
    uniwersytecki (zajęcia codziennie od 9 do 16), więc na podobne
    przyjemności nie zawsze będą mieli czas ani siłę.

  2. Pomoc w codziennych problemach. Na pewno znacie sytuacje,
    kiedy w obcym mieście łapie Was kanar i w niezrozumiałym języku
    wykrzykuje jakieś głupoty. Albo jak taksówkarz, za przejechanie kilku
    kilometrów, żąda jakichś dziwnych pieniędzy; nie wiecie, ile zażądać
    powinien – ale wiecie, że na pewno nie aż tyle. Kanarów i taksiarzy i
    my mamy specyficznych. Zgubić się w Warszawie też nie jest trudno,
    choćby w labiryncie przy dworcu centralnym. Chcielibyśmy, aby
    Białorusini nie byli w takich sytuacjach pozostawieni sami sobie – to
    Wy bylibyście pierwszymi osobami, do których zwracaliby się z prośbą o
    pomoc.

  3. Ostatnia rzecz, w której chcielibyśmy, żeby przynajmniej
    kilkoro z Was uczestniczyło, to prawie miesięczny objazd po Polsce,
    kiedy to białoruscy studenci będą poznawać nasz kraj. Wyjazd odbędzie
    się w sierpniu (prawdopodobnie w dniach 5-31 sierpnia), odwiedzimy
    bardzo różne miejsca: m. in. Poznań, Wrocław,Kraków, Lublin, Białystok,
    Gdańsk. Zdajemy sobie sprawę, że pewnie większość z Was ma już
    wakacyjne plany, ale może i taki wyjazd będzie dla Was atrakcyjny – tym
    bardziej, że Wasz udział w nim byłby w całości finansowany z budżetu
    stypendialnego.

Wszystkie informacje – na portalu wolnabialorus.pl

Do psychiatryka za poglądy

Kilka już razy odgrażałam się retorycznie, że założę specjalny dział "Wiadomości nie mieszczące się w głowie". Dziś przeliczyłam, ile już z moich wiadomości nadawałoby się do niego. Usłyszałam też najnowszą wiadomość w białoruskim dziale Radia Polonia – i stwierdziłam, że miarka się przebrała: zakładam ten dział.

Za poglądy – do psychuszki
11.7.2006

Grodzieńska milicja skierowała do szpitala psychiatrycznego działacza opozycji, który w piątek brał udział w pikiecie solidarności z więźniami politycznymi i ich rodzinami.


Jak podaje PAP, w sumie zatrzymano 8 osób, w tym 26-letniego działacza Zjednoczonej Partii Obywatelskiej Pawła Jazierskiego. Działacz opozycji podczas przesłuchania powiedział, że nie pamięta nazwisk uczestników pikiety. Na to milicjanci stwierdzili, że "w psychuszce wszystko sobie przypomnisz".

Lekarze szpitala stwierdzili, że Paweł Jazierski będzie wypuszczony dopiero po miesiącu. Jednocześnie rzecznik oddziału, w którym znalazł się opozycjonista stwierdził, że jego umieszczenie w szpitalu nie ma kontekstu politycznego.

Należy tu dodać, że w Polsce, zgodnie z naszym prawem, nie można nikogo skierować do szpitala psychiatrycznego bez jego zgody – chyba że bezpośrednio zagraża życiu lub zdrowiu innych osób.


Polskie badania nad wschodnim pochodzeniem „Bogurodzicy”

Kto jest zaszokowany wiadomością zamieszczoną w poprzednim wpisie o tym, że "Bogurodzica" to prastara pieśń białoruska i prawosławna, niech koniecznie przeczyta artykuł Romana Mazurkiewicza, badacza kultury i literatury staropolskiej:

"BOGURODZICA" W ŚWIETLE TRADYCJI CHRZEŚCIJAŃSTWA WSCHODNIEGO

Biegnący już niemal przez dwa stulecia nurt naukowych dociekań nad Bogurodzicą
nie doprowadził jak dotąd do definitywnego "rozwiązania zagadki", o
jakim śnił swego czasu jeden z najwybitniejszych naszych filologów,
Aleksander Brückner, a przed nim i po nim wielu innych wytrawnych
badaczy i miłośników starożytności literackich i muzycznych, którzy
podejmowali trud dociekania prawdy o czasie narodzin, środowisku,
domniemanych wzorcach czy wreszcie o anonimowym twórcy sławetnej
"pieśni ojców". I mimo że, jak pisał już w roku 1922 ks. Wyrzykowski,
"wyciśnięto z tekstu wszystko, co tylko wycisnąć było można; zbadano
nie tylko każdy wyraz i każdą literę, lecz nieomalże każdą kreskę", Bogurodzica
pozostaje ciągle zagadką, choć nie jest to już dzisiaj z pewnością, jak
pisał niegdyś Brückner – "zagadka zamknięta na siedem pieczęci".
Dziesięciolecia badań nie poszły bowiem na marne; prócz ogromnego
wzbogacenia wiedzy o samej pieśni, odsłoniły przy okazji ogromny obszar
z dziejów naszej kultury średniowiecznej i jej europejskich powiązań,
stały się impulsem dla owocnych dociekań z zakresu dziejów języka,
hymnografii, wersyfikacji, duchowości itd.

(…)

Z pewnością nie wyczerpano jeszcze w tym zakresie wszystkich
możliwości, zbyt słabo też, jak się zdaje, uwzględniano w badaniach
niezbędne w stosunku do dzieła tak klasycznie jak
Bogurodzica
"średniowiecznego" podejście interdyscyplinarne; zdumiewające, na
przykład, jak niewiele uwagi poświęcali warstwie
dogmatyczno-modlitewnej
Bogurodzicy (już u schyłku XIV wieku
nazwanej "pieśnią pełną niebieskich tajemnic") nasi teologowie
(Wyrzykowski, Brudz, a ostatnio Hryniewicz i Napiórkowski).

Niemal od zarania naukowej refleksji nad Bogurodzicą uwaga
wielu jej badaczy kierowała się w stronę tradycji chrześcijaństwa
wschodniego. Poczynając od marginalnych wzmianek o greckim rodowodzie
niektórych słów pieśni aż po monografię Józefa Birkenmajera,
najbardziej żarliwego entuzjasty "hipotezy bizantyńskiej", szukano w
kręgu grecko-słowiańskim inspiracji, wzorców, środowiska czy wręcz
autora patrum carminis. Prezentacja choćby najważniejszych
tylko domysłów i ustaleń w tym względzie zabrałaby tu zbyt wiele
miejsca. Przypomnijmy więc tylko, że zwolennikami łączenia Bogurodzicy
z inspiracjami bizantyńskimi czy starocerkiewno-słowiańskimi, wprost
lub też za pośrednictwem Zachodu, byli m.in. Wacław A. Maciejowski
(1839), N. Narbrzan-Bętkowski (1869), Konstanty Małkowski (1872), ks.
Jan Fijałek (1903), Wasyl Szczurat (1906), Vatroslaw Jagić (1909),
Andrzej Wyrzykowski (1922), Tadeusz Lehr-Spławiński (1936), Roman
Jakobson (1961), Julian Krzyżanowski (1963), Adolf Stender-Petersen
(1964), Augustyn Steffen (1967) i Tadeusz Milewski (1969).

Badania ostatnich trzech dziesięcioleci wykazywały przeważnie
skłonność do lekceważenia hipotez o orientacji
bizantyńsko-słowiańskiej, przesuwających z reguły czas powstania pieśni
przed wiek XII. Sceptyczne co prawda, ale i wyważone stanowisko w tym
względzie zajął kilkanaście lat temu Stanisław Urbańczyk, który pisał:
"Myślę, że nad argumentami zwolenników wpływów bizantyńskich nie
powinno się tak lekko przechodzić; należy się im przyjrzeć i wartość
ocenić. Również i literatury w języku staro-cerkiewno-słowiańskim nie
należy a priori wyłączać z pola widzenia."

(…)

Autor artykułu proponuje – jako uzupełnienie badań językowych – zbadanie tekstu "Bogurodzicy" pod kątem treści teologicznej. Taka analiza wykazuje duży związek pieśni z tradycją związaną z postacią Jana Chrzciciela, wywodzącą się z chrześcijaństwa wschodniego.

Artykuł został opublikowany w miesięczniku "Znak" (1994, nr 3, s. 30-41).