Dzienniki Marcowe I

Zdecydowałam się na skopiowanie całości Dzienników Marcowych na moją stronę. Może będą dzięki temu łatwiejsze do znalezienia dla Polaków.

Jest to legendarny tekst, który krąży po białoruskim i rosyjskojęzycznym internecie. Pamiętnik Darii Kostenko, uczestniczki protestów w Mińsku. Tutaj wcześniej przytoczyłam jeden fragment: "Polonez Ogińskiego".

Tekst skopiowałam stąd. A tutaj jest strona Bułoczki, która, jeśli dobrze rozumiem, jest właśnie Darią Kostenko.


мартовские дневники – перевод на польский


19 marca

Obserwacja.

Dużo
pisać nie będę, bo nie ma czasu. Siedziałam w komisji wyborczej,
obserwowałam przez cały dzień. Wczoraj w spisach wyborców w moim
obwodzie było 1925 osób. Dziś rano zrobiło się już 2122. Dzisiaj
wieczorem, przed podliczeniem głosów, ich było 2251. Jak to możliwe, że
obwód wyborczy „wyrósł” na 225 osób?


Komisja przypadła mi nie
najgorsza, kłamać nie będę, pozwolili obserwować podliczanie głosów.
Wzrok mam dobry, dlatego widziałam, jak rozkładali karty do głosowania
na bliższym kraju stołu. Dwa razy „złapałam za rękę” człowieka, który
położył kartę za Kazulina do paczki arkuszy za Łukaszenkę.


Wyniki
przedterminowego głosowania i głosowania w dzień wyborów bardzo się
różniły. Liczby pamiętam prawie wszystkie, bo kilka razy przeczytałam
protokół (nawiasem mówiąc, podpisany – co się bardzo rzadko zdarza –
przez przewodniczącego komisji).


W sumie, w wyniku głosowania w
dzień wyborów, Milinkiewicz otrzymał 350 głosów, Łukaszenka – 540,
Kazulin – 73. 107 kart go głosowania było „przeciw wszystkim” (na
Białorusi i Ukrainie jest zaznaczona na karcie taka opcja – tłum.). 22
nieważnych.


A teraz porównajcie to z wynikami przedterminowego głosowania:
Milinkiewicz – 25 głosów, Łukaszenka – 355, Kazulin – 26. „Przeciw wszystkim” – 3 głosy.

NIE
WIERZĘ, że wyniki mogą aż tak się różnić. Tym bardziej, że przed
terminem głosowali nie tylko emeryci-łukaszyści. Największy procent
przedterminowego głosowania dały akademiki – wiadomo dlaczego.


19
marca po obserwacji wyborów dostaliśmy się na mityng na Kastrycznickim
placu pod sam koniec, o wpół do jedenastej. Jak powiedziała Asia,
„znowu władza oszukała naród” – ani armatek wodnych, ani łańcuchów
specnazu, ani gazów łzawiących. Ale wszystkie te rzeczy nie były
potrzebne. Najskuteczniejsza broń dzisiejszej władzy – strach. I ona
nim się po mistrzowsku posługuje. Naród był zastraszony na długo do
19-tego. Zastraszony oświadczeniami służb specjalnych o kolejnych
„wykrytych” bazach dla szkolenia bojówek. Zastraszony idiotycznymi
pogłoskami o gruzińskich terrorystach, którzy niby planują wysadzić w
powietrze 4 szkoły w Mińsku. (i, poza tym, wsypać truciznę do
wodociągów). Jednego mojego znajomego matka po prostu zamknęła w domu
na klucz i nie puściła na mityng.


W sumie, było tam maksimum 10
tysięcy ludzi. Postali, postali, później przeszli do placu Zwycięstwa i
stamtąd rozeszli się po domach.


Ale jutro ja pójdę tam znowu.


20-21 marca.
MAJDAN
CZĘŚĆ 1. POLONEZ AHIŃSKIEGO

Piszę
te wiersze 22 marca o 0.48. W ciągu ostatnich dni spałam w sumie tylko
2 godziny. Półtorej godziny temu mnie wypuścili z milicyjnego
posterunku. Do tej pory nie wiem, gdzie jest mój brat, który niósł
jedzenie ludziom stojącym na placu.



Prawdopodobnie oni i
teraz tam stoją – na Kastrycznickim placu, sczepieni w żywy łańcuch, na
śmierć i życie wziąwszy się za ręce wokół małego namiotowego obozu, aby
obronić go swoimi ciałami. Na Mińsk opuszcza się dziesięciostopniowy
mróz. Pomoc nie przyjdzie, nikt nie przebije się przez „psów” i
KGB-istów – tajniaków, którzy blokują wszystkie wejścia -wyjścia na
plac. Nikomu nie uda się przenieść gorącej herbaty ani śpiwora. Ja to
zrozumiałam kilka godzin temu na własnym przykładzie.


Wiele osób
stoi już ponad 15 godzin. A niektórzy i ponad dobę. Jeszcze trochę i
ich po prostu zacznie zabijać mróz. Kolejne „eleganckie zwycięstwo”
reżimu. W ciągu tych dwóch dni stałam się niby starsza o dziesięć lat.
Te dni przyniosły ze sobą wiele i na pewno zmieniły moje życie
bardziej, niż mogłam to sobie wyobrazić. W te dni dowiedziałam się, co
to znaczy Przestąpić przez strach, co znaczy Kochać i co znaczy
Nienawidzić. I jak to jest, kiedy rujnuje się całe życie. Pewnych
rzeczy, o których się dowiedziałam i odczułam, nigdy, NIGDY nie mogę
zapomnieć. Nie niektórych nie mogę darować.


Ile bym nie żyła – będą mnie palić te wspomnienia. Pewnie były to najmocniejsze wrażenia mojego życia.

Niebo
było granatowe, takie granatowe, takiego koloru ja nigdy nie widziałam.
Kiedy będę umierać, postaram się wspomnieć to dziwne granatowe niebo
nad Kastrycznicką płoszczą Mińska.


Wieczorem, 20 marca, zaczął
się nasz białoruski Majdan. Już teraz na uczestników namiotowego
miasteczka wylewają się rzeki kłamstwa. Mówią, że i zaplanowane było to
wszystko już wcześniej, i wszyscy ci, co tam stoją – to zjarani,
obkłuci, przepici oszołomi. I władza nawet podaje sumy, jakie nam niby
zapłacili. Co mnie zasmuciło, podobną politykę stosuje nawet bardzo
wiele rosyjskich mediów. Osobiście dla mnie to jak nóż, wbity w plecy
przez człowieka, którego uważałeś za przyjaciela.


Będę tu
pisać prawdę i tylko prawdę. Możecie uważać to za najbardziej
wiarygodną informację. Byłam w szeregu pierwszej dziesiątki ludzi,
którzy pod światłem kamer i aparatów fotograficznych zaczęli stawiać
namioty. Tak wyszło. Teraz mi już i tak grozi więzienie, do tego na 15
dobach się nie skończy. Ale czym by się to nie skończyło, nie żałuję
swojej decyzji.


Oto ono, niebo nad Kastrycznicką. Kiedy tam 20
marca zebrało się 10 tysięcy osób, było ono przejrzyście granatowe,
pojawiały się na nim pierwsze światełka gwiazd. Alaksandr Milinkiewicz,
stojąc na schodach pałacu związków zawodowych, krzyczał do mikrofonu o
tym, że wybory były nielegalne, że na wyborców czynili presję, że
odbywały się masowe fałszerstwa. Totem włączyli muzykę, i nad ogromnym
placem popłynął, samotny i srogi, Polonez Ahińskiego. „Pożegnanie z
Ojczyzną”. My podśpiewywaliśmy – cicho i uroczyście, tak jakby to był
hymn.


Właśnie wtedy w środku mnie coś się złamało i poszło.
Gardło zadławiło się płaczem. Odwróciwszy głowę, patrząc się przez mgłę
łez w wysokie niebo, słuchałam słów, niby napisanych o nas.


Rostań na rostaniach krainy,
Ranić dumki šlach abrany,
Prahnie serca ŭ rodnyja miaściny
I radzimy wobraz ažywaje rastrywožanaju ranaj…
Znoŭ
Załunaje naš štandar,
Pałychnie ŭnačy pažar,
I pachodnaju truboj
Znoŭ pakliča nas z taboj na mužny boj maja kraina –
Kraj adziny,
Za jaho ŭ wyhnani
Šlach wiartannia,
Šlach zmahannia.

To
była nie tylko pieśń – ona wołała do siebie i prosiła. I my jej nie
zdradziliśmy. Po pieśni coś jeszcze mówili tam, na schodach. Ale główne
wydarzenia odbyły się nie tam, a w samym tłumie narodu.


Póżniej ludzie niespodziewanie odeszli, wyzwalając miejsce, i na asfalt rzucili pierwsze namioty.

Wśród
nich był i mój. Zaczęło go stawiać 5 osób. Nie zdążyłam tam podejść – z
tłumu raptem wyskoczyli silni chłopcy z tłustymi twarzami bez wyrazu, w
czarnych czapeczkach. Szalenie deptali namioty nogami, łamali stelaż,
łapali i wynosili śpiwory i namioty, próbowali pobić tych, kto
rozkładał. Działali złośliwie i dokładnie.


Coś udało się
wychwycić z ich rąk, ale większość rzeczy oni zabrali. Na szczęście, to
była tylko pierwsza partia. Później ludzie po prostu stali wokół nas
jak ściana, mocno sczepili się za łokcie i nie wpuszczali do środka.
Tych, kto próbował się przedrzeć, odpychali ramionami.


A
prowokatorów, KGB-istów w cywilu było mnóstwo, strasznie dużo. Stali
wokół. A niektórzy czepiali nasze znaczki „za swabodu” i próbowali po
cichu wtopić się w krąg.


I właśnie za tą żywą ścianą – kręgiem
– rozłożyliśmy swoje namioty. Dokładnie pamiętam moment, kiedy stałam w
kręgu, wahałam się, czy pójść do środka, i zawołała mnie Swietka, moja
przyjaciółka, jaka pracowała już tam.


Żadnych szczególnych
emocji nie odczuwałam. Po prostu zrobiłam krok za stelaż, pomagając
stawiać namiot. Na początku chowałam twarz za kaptur, dlatego że
mnóstwo kamer wideo i aparatów fotograficznych wycelowano dokładnie nam
w oczy. Później uznałam, że to taka połowiczna decyzja. Co tu się już
zatrzymywać. I zdjęłam kaptur.


Postawiliśmy namioty,
rozścieliliśmy turystyczne karimaty i siedliśmy na nich. I wtedy
dopiero zaczęło mnie kłuć. Doszło do mnie wtedy, CO myśmy zrobili. I
zrozumiałam, że całe moje poprzednie życie, co bardzo prawdopodobne, w
ten właśnie moment odchodzi niby piaskiem przez palce. Do szczętu. I
intelektualne gry, i klub dziecięcy, który był moją radością przez tyle
lat. I stabilność materialna, i praca w naukowym czasopiśmie, i
przyjaciele, i książki, i rodzice. I kochany Mińsk. I, być może,
Białoruś… i być może wolność.


Próbowałam chować łzy pod
kapturem, żeby nie zauważyli ich dziennikarze. Nieładny to widok, kiedy
człowieka trzęsie i aż wykręca od płaczu.


Później się
uspokoiłam: co zrobione, to zrobione. Nie ma już drogi wstecz. Właśnie,
czy warto czytać w dzieciństwie takie dobre książki i słuchać takie
dobre pieśni, żeby potem w życiu okazać się „do niczego”?


Pozostawało
zrobić jeszcze tylko jedno, i ja to zrobiłam. Zadzwoniłam do osoby,
którą kocham już dwa lata, i powiedziałam mu o tym. Dawno chciałam, ale
w żaden sposób nie mogłam. A teraz już bać się nie ma czego.


[c.d.n.]

Daria Kostenko
Tłumaczenie z języka białoruskiego (Kuba Łoginow)


Więcej informacji:

O wyrzucaniu z uczelni – z forum tut.by

Kto mówi o apatii białoruskiego społeczeństwa, powinien zajrzeć na forums.tut.by . To miejsce kipi energią i entuzjazmem. Dla mnie to niesamowite, że na forum internetowym ci ludzie potrafią na poważnie dyskutować o naprawie ojczyzny. Pojawiają się tu różne opozycyjne inicjatywy, rodzą pomysły, gromadzą "nielegalne" wiadomości.

Wśród nich jest wątek o wyrzucaniu z uczelni studentów, którzy protestowali w Mińsku. Chodzą słuchy, że w związku z obietnicami polskich i czeskich uczelni, oraz z pogróżkami, że rektorzy dostaną szlaban do Unii Europejskiej, władze białoruskich uniwersytetów postanowiły załatwić sprawę inaczej. Po prostu ulać wszystkich niewygodnych w letniej sesji.

Ale jest i taki wpis, który tak po prawdzie nie mieści mi się w głowie:

Mojemu synowi każą pisać już trzecie pismo wyjaśniające! On je zakańcza słowami "nie naruszałem żadnych przepisów, przepisy naruszyli milicjanci z OMONu, którzy nas zatrzymali i fałszywie zeznawali w sądzie"!
Dziekanat nalega na "PRZYZNANIE SIĘ DO WINY" !
Dostali chłopaka!!! Wyrzucić ot tak nie mogą (bo niezły student), ale nie podjąć kroków też nie mogą!

Ale najbardziej nie mieści mi się w głowie to: – Dlaczego ten student po prostu nie odmówił pisania czegokolwiek??

Tajemniczy herb – zagadka br23

br23, autor pięknego białoruskiego bloga, zadał jakiś czas temu taką zagadkę.

Jest to tajemnicza notka mówiąca o herbie pewnego sławnego ruskiego rodu. Znaleziona w mało znanym wydaniu Nowego Testamentu z klasztoru Świętego Ducha w Wilnie z roku 1623.

Tekst jest napisany, jak podaje br23, w języku staro-białoruskim. Polacy, nie wdając się w niuanse, powiedzieliby zapewne, że w języku ruskim. Czyli w języku, którego używano w środkowej i południowej części Wielkiego Księstwa Litewskiego, a więc na dzisiejszej Białorusi i Ukrainie. Dzisiejsza Litwa nazywała się wtedy Żmudź. Ale i tam – już chyba od czasów Giedymina i Olgierda – językiem oficjalnym, językiem elit był ruski.

Tekst brzmi tak:


Клейнотъ гербовъ совытый, з двоякой цноты


Домом зацным неданы есть: пре дѣльность, труд, поты


Двема кресты з стрѣлою дом […] славных:


Бог, Свѣтъ, Моужство, Очизна, з вѣков стародавных


Вы выешыли: крестами врага души громать


Противников Отчизны, стрѣлою огонять

Dla nie znających cyrylicy – moja nieprofesjonalna transkrypcja na alfabet łaciński (zwróciłam uwagę, że język ruski jest o wiele bardziej podobny do polskiego, niż współczesny białoruski):

Klejnoć herbow sowytyj, z dwojakoj cnoty
Domom zacnym niadany jesć: pre dzialność, trud, poty
Dwiema kresty z striałoju dom [tu nazwisko] sławnych:
Boh, Swiać, Mążstwo, Oczyzna, z wiakow starodawnych
Wy wyjeszyli: krestami wraha duszy hromać
Protiwnikow Otczyzny, striałoju ohoniać.

O jaki sławny ród chodzi?

Podpowiedzi:

Polonez Ogińskiego

Oto tłumaczenie tego pięknego tekstu o polonezie „Pożegnanie Ojczyzny”, który przecież i my dobrze znamy – choćby ze studniówek… (dziękuję efg i nuzwykrzyknikiem za linki!)

 


Michał Kleofas Ogiński

Z pamiętnika Daszy, uczestniczki mińskich demonstracji. Ten legendarny tekst krąży po białoruskim i rosyjskojęzycznym internecie.

20-21 marca.
MAJDAN
CZĘŚĆ 1. POLONEZ AHIŃSKIEGO

Piszę te
wiersze 22 marca o 0.48. W ciągu ostatnich dni spałam w sumie tylko 2
godziny. Półtorej godziny temu mnie wypuścili z milicyjnego posterunku.
Do tej pory nie wiem, gdzie jest mój brat, który niósł jedzenie ludziom
stojącym na placu.



Prawdopodobnie oni i teraz tam stoją – na
Kastrycznickim placu, sczepieni w żywy łańcuch, na śmierć i życie
wziąwszy się za ręce wokół małego namiotowego obozu, aby obronić go
swoimi ciałami. Na Mińsk opuszcza się dziesięciostopniowy mróz. Pomoc
nie przyjdzie, nikt nie przebije się przez „psów” i KGB-istów –
tajniaków, którzy blokują wszystkie wejścia -wyjścia na plac. Nikomu
nie uda się przenieść gorącej herbaty ani śpiwora. Ja to zrozumiałam
kilka godzin temu na własnym przykładzie.


Wiele osób stoi już
ponad 15 godzin. A niektórzy i ponad dobę. Jeszcze trochę i ich po
prostu zacznie zabijać mróz. Kolejne „eleganckie zwycięstwo” reżimu. W
ciągu tych dwóch dni stałam się niby starsza o dziesięć lat. Te dni
przyniosły ze sobą wiele i na pewno zmieniły moje życie bardziej, niż
mogłam to sobie wyobrazić. W te dni dowiedziałam się, co to znaczy
Przestąpić przez strach, co znaczy Kochać i co znaczy Nienawidzić. I
jak to jest, kiedy rujnuje się całe życie. Pewnych rzeczy, o których
się dowiedziałam i odczułam, nigdy, NIGDY nie mogę zapomnieć. Nie
niektórych nie mogę darować.


Ile bym nie żyła – będą mnie palić te wspomnienia. Pewnie były to najmocniejsze wrażenia mojego życia.

Niebo
było granatowe, takie granatowe, takiego koloru ja nigdy nie widziałam.
Kiedy będę umierać, postaram się wspomnieć to dziwne granatowe niebo
nad Kastrycznicką płoszczą Mińska.


Wieczorem, 20 marca, zaczął
się nasz białoruski Majdan. Już teraz na uczestników namiotowego
miasteczka wylewają się rzeki kłamstwa. Mówią, że i zaplanowane było to
wszystko już wcześniej, i wszyscy ci, co tam stoją – to zjarani,
obkłuci, przepici oszołomi. I władza nawet podaje sumy, jakie nam niby
zapłacili. Co mnie zasmuciło, podobną politykę stosuje nawet bardzo
wiele rosyjskich mediów. Osobiście dla mnie to jak nóż, wbity w plecy
przez człowieka, którego uważałeś za przyjaciela.


Będę tu
pisać prawdę i tylko prawdę. Możecie uważać to za najbardziej
wiarygodną informację. Byłam w szeregu pierwszej dziesiątki ludzi,
którzy pod światłem kamer i aparatów fotograficznych zaczęli stawiać
namioty. Tak wyszło. Teraz mi już i tak grozi więzienie, do tego na 15
dobach się nie skończy. Ale czym by się to nie skończyło, nie żałuję
swojej decyzji.


Oto ono, niebo nad Kastrycznicką. Kiedy tam 20
marca zebrało się 10 tysięcy osób, było ono przejrzyście granatowe,
pojawiały się na nim pierwsze światełka gwiazd. Alaksandr Milinkiewicz,
stojąc na schodach pałacu związków zawodowych, krzyczał do mikrofonu o
tym, że wybory były nielegalne, że na wyborców czynili presję, że
odbywały się masowe fałszerstwa. Potem włączyli muzykę, i nad ogromnym
placem popłynął, samotny i srogi, Polonez Ahińskiego. „Pożegnanie z
Ojczyzną”. My podśpiewywaliśmy – cicho i uroczyście, tak jakby to był
hymn.


Właśnie wtedy w środku mnie coś się złamało i poszło.
Gardło zadławiło się płaczem. Odwróciwszy głowę, patrząc się przez mgłę
łez w wysokie niebo, słuchałam słów, niby napisanych o nas.


Rostań na rostaniach krainy,
Ranić dumki šlach abrany,
Prahnie serca ŭ rodnyja miaściny
I radzimy wobraz ažywaje rastrywožanaju ranaj…
Znoŭ
Załunaje naš štandar,
Pałychnie ŭnačy pažar,
I pachodnaju truboj
Znoŭ pakliča nas z taboj na mužny boj maja kraina –
Kraj adziny,
Za jaho ŭ wyhnani
Šlach wiartannia,
Šlach zmahannia.

To
była nie tylko pieśń – ona wołała do siebie i prosiła. I my jej nie
zdradziliśmy. Po pieśni coś jeszcze mówili tam, na schodach. Ale główne
wydarzenia odbyły się nie tam, a w samym tłumie narodu.


Póżniej ludzie niespodziewanie odeszli, wyzwalając miejsce, i na asfalt rzucili pierwsze namioty.

Wśród
nich był i mój. Zaczęło go stawiać 5 osób. Nie zdążyłam tam podejść – z
tłumu raptem wyskoczyli silni chłopcy z tłustymi twarzami bez wyrazu, w
czarnych czapeczkach. Szalenie deptali namioty nogami, łamali stelaż,
łapali i wynosili śpiwory i namioty, próbowali pobić tych, kto
rozkładał. Działali złośliwie i dokładnie.


Coś udało się
wychwycić z ich rąk, ale większość rzeczy oni zabrali. Na szczęście, to
była tylko pierwsza partia. Później ludzie po prostu stali wokół nas
jak ściana, mocno sczepili się za łokcie i nie wpuszczali do środka.
Tych, kto próbował się przedrzeć, odpychali ramionami.


A
prowokatorów, KGB-istów w cywilu było mnóstwo, strasznie dużo. Stali
wokół. A niektórzy czepiali nasze znaczki „za swabodu” i próbowali po
cichu wtopić się w krąg.


I właśnie za tą żywą ścianą – kręgiem
– rozłożyliśmy swoje namioty. Dokładnie pamiętam moment, kiedy stałam w
kręgu, wahałam się, czy pójść do środka, i zawołała mnie Swietka, moja
przyjaciółka, jaka pracowała już tam.


Żadnych szczególnych
emocji nie odczuwałam. Po prostu zrobiłam krok za stelaż, pomagając
stawiać namiot. Na początku chowałam twarz za kaptur, dlatego że
mnóstwo kamer wideo i aparatów fotograficznych wycelowano dokładnie nam
w oczy. Później uznałam, że to taka połowiczna decyzja. Co tu się już
zatrzymywać. I zdjęłam kaptur.


Postawiliśmy namioty,
rozścieliliśmy turystyczne karimaty i siedliśmy na nich. I wtedy
dopiero zaczęło mnie kłuć. Doszło do mnie wtedy, CO myśmy zrobili. I
zrozumiałam, że całe moje poprzednie życie, co bardzo prawdopodobne, w
ten właśnie moment odchodzi niby piaskiem przez palce. Do szczętu. I
intelektualne gry, i klub dziecięcy, który był moją radością przez tyle
lat. I stabilność materialna, i praca w naukowym czasopiśmie, i
przyjaciele, i książki, i rodzice. I kochany Mińsk. I, być może,
Białoruś… i być może wolność.


Próbowałam chować łzy pod
kapturem, żeby nie zauważyli ich dziennikarze. Nieładny to widok, kiedy
człowieka trzęsie i aż wykręca od płaczu.


Później się
uspokoiłam: co zrobione, to zrobione. Nie ma już drogi wstecz. Właśnie,
czy warto czytać w dzieciństwie takie dobre książki i słuchać takie
dobre pieśni, żeby potem w życiu okazać się „do niczego”?


Pozostawało
zrobić jeszcze tylko jedno, i ja to zrobiłam. Zadzwoniłam do osoby,
którą kocham już dwa lata, i powiedziałam mu o tym. Dawno chciałam, ale
w żaden sposób nie mogłam. A teraz już bać się nie ma czego.


Więcej informacji:

Kim jest Milinkiewicz?

Pomijając działalność polityczną, Milinkiewicz to moim zdaniem bardzo ciekawa postać.

Jak podaje jego oficjalna strona milinkevich.org, jego przodkowie walczyli w Powstaniu Styczniowym.

Milinkiewicz włada pięcioma językami: białoruskim, angielskim, francuskim, polskim i rosyjskim.

Jest fizykiem. Ma stopień doktora. Przez 25 lat pracował jako asystent, a później adiunkt na uniwersytecie w Grodnie. Na początku lat 80. tworzył i kierował katedrą fizyki na uniwersytecie w Setif w Algierii. Wyszukiwarka scholar.google.com znajduje 19 jego publikacji z dziedziny fizyki laserów.

Ale oprócz tego jego pasją były badania historyczne. Tygodnik „Wprost” pisze:

„Największa przygoda życiowa Milinkiewicza to badania grobu Stanisława
Augusta Poniatowskiego, prowadzone wspólnie z twórcą białoruskiego
ruchu demokratycznego lat 80., historykiem Michasiem Tkaczowem. Był to
okres, kiedy opozycja organizowała ruch „odrodzeniowy” wokół odnowienia
tradycji i poszukiwania pamiątek narodowych związanych z historią
Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

O ile w Polsce dyskusja na temat
złożenia szczątków króla na Wawelu czy w Warszawie interesowała tylko
historyków, w Związku Sowieckim mówienie o tradycjach Rzeczypospolitej
było deklaracją polityczną. Grób Stanisława Augusta Poniatowskiego
został zniszczony przez miejscowych chłopów w latach 50. Po Wołczynie
do dziś krążą opowieści, jak jeden z chłopów przy okazji popijaw
zakładał na głowę koronę wydobytą z królewskiego grobu.”

Za odnalezienie miejsca pochówku Stanisława Augusta Poniatowskiego otrzymał medal „Za zasługi dla kultury polskiej”.

Obecnie Milinkiewicz zajmuje się działalnością społeczną. W latach 1990-1996 był wicemerem Grodna ds. oświaty i kultury.
Wprowadził wówczas język białoruski w 80 proc. szkół, w których dotąd
obecny był tylko rosyjski, wspomagał też szkoły polskie. W 1997 roku założył zlikwidowaną przez władze w roku 2003 fundację
„Ratusza”, wspomagającą niezależne organizacje pozarządowe. Obecnie
prowadzi Fundację Rozwoju Lokalnego.


Więcej informacji:

 

    • Dlaczego Białorusinów w ogóle interesował grób polskiego króla? O tym w dziale Wspólna historia.

 

 

Milinkiewicz, przywódca białoruskiej opozycji

Niewiele potrafię w tej chwili powiedzieć o Milinkiewiczu jako polityku, lecz dwie rzeczy w jego działalności budzą mój głęboki szacunek:

– To, że stara się wyzwolić swój kraj spod władzy dyktatora.

– To, że dysponując tak nikłymi środkami, potrafił poderwać do działania tysiące ludzi.

Jego kampania prezydencka w niczym nie przypominała tych show, do których już jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce. Żadnych debat w mediach, żadnych spotów wyborczych w tv, żadnych wieców z flagami i wznoszeniem okrzyków, żadnych plakatów i billboardów. Dziennikarze zgodnie donosili: na Białorusi wiszą tylko billboardy Łukaszenki. Milinkiewicz dostał w telewizji tylko możliwość jednorazowego (!) wystąpienia. W mediach on po prostu nie istniał.

Przyjrzałam się uważnie jego zdjęciom z jego kampanii wyborczej. To zadziwiające – wszystkie spotkania z wyborcami odbywały się pod gołym niebem, na jakichś placach targowych… Milinkiewicz nie miał trybuny, nie miał nawet nagłośnienia. Nie wynajmował sal na spotkania wyborcze – nie stać go było, czy nikt nie chciał mu wynająć? To Łukaszenka miał plakaty, billboardy, spotkania i codzienne występy w telewizji.

A mimo to tylu ludzi się dowiedziało o Milinkiewiczu i przyznało mu rację. Niektórzy zgryźliwie komentują małą ilość opozycyjnych demonstrantów w Mińsku. Dla mnie wręcz przeciwnie – zadziwiające jest, że przy tak skromnych możliwościach propagandowych tych ludzi było tak wielu.


Wiec wyborczy Milinkiewicza na… targowisku


Więcej informacji:

Ich historia naszą historią!

Myślę, że Białoruś powinna być dla Polaków ważna z pewnego szczególnego względu: Jest to jedyny z naszych sąsiadów, który w tak dużym stopniu podziela polskie spojrzenie na historię.

Inne narody dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego nie utożsamiają się zbyt mocno z naszą historią: często widzą ją w zupełnie innym świetle niż my. I nie bez powodów, jak sądzę, choć być może jest też w tym pewna doza uprzedzeń. Litwini chyba uważają się za pokrzywdzonych przez Polskę – a w każdym razie na pewno wielki wpływ na to wywarła historia międzywojenna. Ukraińcy – przypuszczam, że w dużym stopniu słusznie – kojarzą unię polsko-litewską oraz późniejszą naszą historię z dominacją Polaków i wykorzystywaniem ich narodu. Tym bardziej niezwykłe jest całkiem odmienne podejście Białorusinów do naszej wspólnej historii.

Wciąż zaskakuje mnie odkrywanie, że Białorusini mają tych samych co my bohaterów narodowych i nawet te same narodowe pieśni…! To Białoruś, a nie Litwa uważa się za dziedzica Wielkiego Księstwa Litewskiego. Wszyscy polscy bohaterowie pochodzący stamtąd są jednocześnie bohaterami Białorusinów.

Spójrzcie na przykład na wlepki rozprowadzane przez organizację Żubr. Wśród nich jest jedna z Tadeuszem Kościuszką. To nie propaganda „pod Polaków”!… Kościuszko po prostu jest również ich bohaterem narodowym! Był Polakiem w sensie obywatela Rzeczypospolitej, ale też był Białorusinem – zachowały się listy, które pisał do matki po białorusku.

Odkryłam, że Białorusini świętują zwycięstwo pod Grunwaldem i Powstanie Styczniowe. Stanisław Moniuszko i Michał Ogiński to ich narodowi artyści. Polonez „Pożegnanie ojczyzny” (tak, ten, który u nas gra się na studniówkach!) to dla nich nie tylko melodia – oni go śpiewają jako pieśń narodową. Dla mnie to niesamowite!

Trochę więcej na te tematy można przeczytać np. na portalach Kamunikat albo wolnabialorus.org.

Dla tych, którzy umieją czytać po rosyjsku – fragment krążącego po sieci pamiętnika uczestniczki manifestacji na placu w Mińsku: o tym, jak tłum śpiewał poloneza Ogińskiego… bardzo wzruszające. Może później spróbuję to przetłumaczyć.

Cel tego bloga

Odkryjmy razem Białoruś!

Odkrywam Białoruś. To sąsiedni kraj, a przecież my Polacy tak mało o nim wiemy.

Nie jestem żadnym ekspertem od Białorusi. Nie byłam tam nigdy.

Jednak interesuję się wschodem Europy. Bywam od czasu do czasu na Ukrainie. Znam rosyjski, czytam po ukraińsku i białorusku. Zbieram informacje z różnych miejsc w internecie.

Dlatego chcę na tym blogu opisać moją prywatną historię odkrywania Białorusi. Będę tu zamieszczać wszystko, co ciekawego uda mi się znaleźć na temat tego niezwykłego kraju. Zwłaszcza informacje z białoruskich forów, blogów i mediów, które ze względu na barierę językową mogą być trudne do uzyskania dla większości Polaków.

Będę wdzięczna za wszelkie komentarze i sprostowania, zwłaszcza od tych, którzy znają Białoruś. Zachęcam do dzielenia się waszymi odkryciami.

Chcę, żeby inni Polacy mogli idąc moim śladem odkryć Białoruś dla siebie. To przecież nasi sąsiedzi. Dowiedzmy się czegoś o nich.