Pogotowie udzieliło pomocy Milinkiewiczowi

Pod tym sensacyjnym tytułem chcę napisać kilka zdań całkiem refleksyjnych.

Wczorajsze rosyjskojęzyczne portale podały wiadomość, że podczas wizyty w Strassbourgu Milinkiewiczowi musiało udzielić pomocy pogotowie, ponieważ zasłabł ze zmęczenia po 3-godzinnej konferencji prasowej.

Nie mówię, że tę wiadomość rozpowszechniają tylko media anty-opozycyjne. Z tego co udało mi się zaobserwować, to również opozycyjne białoruskie portale podały tę wiadomość – bez różnicy.

Moja refleksja: Dlaczego polskie media nie podały tego newsa? Nie pasuje do koncepcji Człowieka z Marmuru? A może po prostu nie jest to interesujące? Ale o chorobach innych ważnych postaci polskie media piszą wiele i z lubością. Trochę tego nie rozumiem. Przecież w zasadzie, jeśli ktoś chce już kreować jakiś romantyczny mit, to historia o zasłabnięciu z przepracowania nadaje się do niego doskonale…

A może ja się za bardzo czepiam?

Białorusini o swojej fladze

Na forum tut.by odbywa się sondaż (poniżej wyniki z 7.4.2006, 9:14).

Rezultaty sondażu.
W sondażu wzięło udział 193 użytkowników.
Jakie skojarzenia w pierwszej kolejności budzi w was biało-czerwono-biała flaga?

  • Wielkie Księstwo Litewskie, Grunwald, bitwa pod Orszą… – 37%
  • Białoruska Republika Ludowa 1918 [pierwsze w historii niepodległe państwo białoruskie] – 10%
  • Kolaboranci z czasów II wojny światowej – 4%
  • Partia konserwatywno-chrześcijańska BNF (1989-…) – 3%
  • Niepodległość państwowa Białorusi (1991-…) – 41%
  • Obecna opozycja – 4%
  • Inne – 1%

 

Fragmenty dyskusji nad wynikami sondażu:

  • Wyniki robią wrażenie. I rzeczywiście z obecną pseudo-opozycją ta symbolika nie jest nijak związana.
  • Ta pseudo-opozycja wyprowadza naród na ulice. Nie to co twój Paźniak… Cicho schował się za miedzą i boi się wrócić.
  • Ja jestem od 1994 roku w opozycji wobec władzy, ale wcale nie dzielę białoruskiej opozycji na dzisiejszą i wczorajszą.
  • A dlaczego nie ma wariantu „nasza prawdziwa historyczna flaga”?
    I nie trzeba jej więcej z niczym kojarzyć, zwłaszcza z partiami BNF czy BNR. A obecna flaga, faktycznie, łukaszenkowska i kojarzy się tylko z nim.
  • Flaga Białorusi. Była, jest i będzie. Oto i całe skojarzenie. Jeszcze z czystością, sprawiedliwością i wolnością.
  • Czerwono-zielona flaga kojarzy się z ludobójstwem w czasach ZSRR, z Leninem, Dzierżyńskim, Stalinem, Berią… To była ich flaga. Przez nich wymyślona i przez nich zakrwawiona. I to, że Łukaszenka przywrócił ich flagę i otwarcie muzeum narodowego bohatera Dzierżyńskiego mówi tylko o tym, jakie są jego priorytety i strategia.
    Pozostaje nadzieja, że wieniec pogrzebowy, nazywany naszym godłem, nie na nasze mogiły będzie położony.
  • Słyszałem, że obecna flaga to nie jest kopia poprzedniej. Podobno wzorek nie ten. Kto może potwierdzić? Jeśli tak, to obecny jest osobistym sztandarem Aleksandra Grigoriewicza Łukaszenki.
  • Dawno temu jechałem pociągiem z uczonym-heraldykiem. On twierdził, że czerwono-zielona szmatka na płocie to znak przekleństwa u Słowian. Potem opowiedział też o ornamentach. Romb z zagiętymi od niego w dół liniami to symbol śmierci. A potem zobaczyłem taki twór wyniesiony w referendum w 1996. Bardzo, bardzo dziwnie…
  • Dość dawno temu czytałem ciekawą pracę o dawnych tradycjach białoruskich. W szczególności o wzorach z figur geometrycznych. Okazuje się, że romb u Białorusinów symbolizował słońce. I od niego idą promienie. Jeśli radosne zdarzenie – to promienie proste, jeśli zaś łamane – to coś złego, często pogrzeb (znak zachodzącego słońca). A więc – znak zachodzącego słońca jest narysowany na prezydenckiej fladze (symbolicznie, prawda?). To jeszcze raz potwierdza, że dla Białoruskiej Radzieckiej Republiki Socjalistycznej (i dla pozostałych republik ZSRR) flaga została narysowana w Moskwie, nawet bez zastanowienia nad sensem, z wzorem wziętym z pierwszej lepszej książki.
  • Ależ biało-czerwono-biała to flaga nazistowska, chcieli wziąć łotewską, ale kolory
    pozamieniali! Gdzież wy, policjanci-weterani, dlaczego państwo o was
    zapomniało…?
  • Nie wolno do wszystkiego odnosić się jednostronnie. Dam przykład: Przed wojną żona pewnego zwykłego mieszkańca wsi przyszywała guzik, wetknęła igłę w gazetę i przypadkiem trafiła igłą w oko jednego z ówczesnych dygnitarzy. Sama nie zauważyła, ale zauważył ktoś ze wsi i doniósł gdzie trzeba. Ją posadzili, mężowi przyszło wyrzec się żony, żeby nie podzielić jej losu. Żył w ciągłym strachu, bojąc się każdego szelestu i stuku. Potem przyszli Niemcy i mógł zasnąć spokojnie. Czy można oczekiwać, żeby rwał się do partyzantów walczyć za władzę, która zabrała mu rodzinę i wypełniła życie strachem? Chłop został policjantem, rozumując, że dopóki jest sowiecka partia komunistyczna, to Hitler dla niego i dla kraju jest dopiero drugią biedą, a nie pierwszą. Dopiero potem pojął, że i Niemcy nie patrzą na nich jak na ludzi. W każdym razie trudno potępiać jego wstąpienie do policji.
    Poza tym, takich jak wy jest tylko 3%. Myślisz, że 97% z nas popiera okupacyjnych policjantów? Szkoda słów.
  • U nas 83% popiera człowieka, któryego już teraz można skazać za całą kupę spraw kryminalnych…?
  • Wczoraj kupiłem sobie biało-czerwono-białą 2m na 1m! Dusza się raduje, jak patrzę na nią. W samochodzie też postawiłem malutką flagę. Ojciec i brat namawiali, żebym schował, ale nie schowam (sam ją robiłem przed mityngiem).
  • Gdzie kupiłeś…?? Ja też chcę…!!! 

Więcej informacji: Wikipedia o Białorusi.

 

Od 20 lat w punkcie wyjścia

Na polskarosja.blox.pl (tutaj i tutaj) toczy się ożywiona dyskusja na temat Białorusi. Dyskutant greczuszkin opowiada, jak pojechał do Mińska "na rewolucję" i jak się nią rozczarował:

To jak sie opisuje bialoruska opozycje w polskich mediach mocno mija
sie z prawda. To nie sa odwazni charyzmatyczni liderzy, smialo patrzacy
w przyszlosc i prowadzacy tlumy na sluszna walke z krwawym rezimem.
Gdyby tak bylo – Lukaszenka juz by sie wygrzewal w goracych piaskach
Turkmenistanu pociagajac gin z tonikiem w Palacu Lodowym Turkmenbaszy.
Tymczasem tak nie jest.


Niestety (szczerze!) jedyne okreslenie na przywodcow opozycji,
ktore mi przychodzi do glowy – dzieci we mgle. Ich jedyne haslo to –
trzeba usunac Lukaszenke, a dalej zobaczymy, ale moze byc tylko lepiej.

Zdanie o polskich mediach dało mi do myślenia. Zastanowiłam się mocno: czy rzeczywiście one przedstawiają białoruskie protesty jako ogólnonarodową rewolucję? Ckliwa martyrologia – to, owszem, jest. Ale z kolei szczerze przyznam, że nigdzie nie natknęłam się na sugestię, jakoby cała Białoruś płonęła powstańczym żarem, albo żeby Milinkiewicz i inni byli wizjonerskimi przywódcami. A może to mój krytyczny umysł odfiltrowuje pewne niedorzeczności? Poprawcie mnie, jeśli uważacie, że się mylę.

Celowo nic nie pisałam tutaj o Milinkiewiczu jako polityku. Bo po prawdzie nic konkretnego nie wiem o jego programie, a i media o tym milczą – widocznie nie mają o czym mówić. Jednak daleka też jestem od potępiania go z góry. Bo jedna rzecz to zrobić przewrót przeciw dyktaturze, a inna – działać coś potem. I zwykle tak jest, że w roli rewolucjonistów sprawdzają się całkiem inni ludzie niż w roli budowniczych państwa. Może Milinkiewicz w którejś z nich się spisze… Już wspomniałam, że niezależnie od wszystkiego mój podziw budzi jego partyzancka kampania wyborcza. Jeśli chodzi o pracę u podstaw, ten gość chyba coś potrafi. Ale może mój podziw jest przesadzony? Może mógł w kampanii zrobić więcej i lepiej? W każdym razie, przyszłości dla opozycji białoruskiej nie widzę w różowych kolorach.

Jako podsumowanie przytoczę znów greczuszkina:

Nieprawda jest ze bialoruska opozycja jest w punkcie zerowym. Tfu,
inaczej. To prawda. Ale ona w tym punkcie znajduje sie od 20 lat!

Znizek mlodziezowych nie mam juz od dawna i co nieco pamietam.
Kiedy pod koniec lat 80. wrzalo w polowie ZSRR, na Bialorusi byla
cisza.

(…)
Ile wiec potrzebuje czasu bialoruska opozycja by stworzyc ruch
polityczny z prawdziwego zdarzenia? Do 2001 r. nie bylo nawet takiego
nekania jakie jest teraz. Kto im bronil sie zorganizowac? Rosja?
Lukaszenka, ktory ich po prostu zlewal?

Powiem jeszcze coś od siebie. Fascynują mnie te starania grupki białoruskich, co tu dużo gadać, straceńców. Ale fascynuje mnie też zachowanie tej drugiej, większej części ich narodu… Cały ten układ razem wzięty jest dla mnie fenomenem. Jednak nie kryję, po czyjej stronie pokładam więcej sympatii.

P.S. Dodam jeszcze i to – skoro zeszło już na deklaracje światopoglądowe: Z niechęcią myślę o tych Polakach-narwańcach, którzy tam pojechali dać się spałować i wsadzić do ciupy. Nic konstruktywnego w tym nie ma, może poza jedną mało udaną relacją dla gazety z pobytu w białoruskim więzieniu. Sensowną pomoc od Polaków widzę raczej w tych funduszach, do których linki macie po lewej stronie.

Język białoruski dla Białorusinów

Jak podaje Wikipedia:

Liczba osób posługujących się tym językiem jest trudna do oszacowania. Na Białorusi jest on obecny głównie na wsi, oraz wśród opozycjonistów. W roku 1991 uzyskał tam status języka urzędowego, za czasów prezydenta Aleksandra Łukaszenki jest jednak powoli zastępowany językiem rosyjskim (chociaż formalnie na Białorusi obowiązują dwa języki). Zagrożony jest wymarciem z powodu silnej dominacji języka rosyjskiego na Białorusi.

Ostatnie wydarzenia spowodowały jednak, że rosyjskojęzyczni Białorusini spontanicznie zaczęli chcieć mówić po białorusku!

Przytoczę tutaj fragmenty dyskusji, która odbywa się na forums.tut.by. Rozmowa toczy się i po białorusku, i po rosyjsku.

  • Szanowni państwo! Zapraszam do dyskusji "Jak zacząć mówić po białorusku?" Myślę, że ten problem dręczy wielu Białorusinów. Jak zaczęliście mówić po białorusku, z jakimi problemami spotkaliście się i co was zachęciło do białoruskiej mowy?
  • Dla mnie takie pytanie nie istnieje. Piszę i mówię po białorusku bez przerwy, chociaż czasem i po rosyjsku…
  • Najstraszniejsze dla mnie przy przejściu do używania białoruskiego – to trasianka [mieszanka białoruskiego i rosyjskiego]… według mnie lepiej czysto mówić po rosyjsku, niż hańbić ojczysty język
  • Wiecie, trasianka – z czasem wszystko dojdzie do pełnej białoruskości. No, nie mówię tu o pierwszych osobistościach naszego państwa…
  • Po pierwsze, mam taki problem – jak zacząć mówić ładnie?
    Po drugie, ostatnio wciąż spotykam ludzi, którzy używają białoruskich słów, które u mnie w szkole brzmiały całkiem inaczej.
  • To proste, język białoruski w ZSRR zrusyfikował się. Teraz niektórzy próbują odrodzić oryginalne słowa, które wtedy sztucznie wyszły z użytku.
  • Komitet partii wydał dyrektywę "Zbliżyć język białoruski do rosyjskiego, aż z czasem staną się prawie jednakowe i białoruski sam zaniknie". To nie żarty – informacja z pierwszej ręki.
  • Ja na przykład pierwszy raz zaczęłam myśleć po białorusku w 8. klasie…
  • Kocham białoruski i mówię w tym języku (przynajmniej tak mi się zdaje), kiedy mam dobry nastrój.
  • A ja zaczęłam ciepło odczuwać ten język dopiero po Płoszczy [ostatnich wydarzeniach na placu w Mińsku]
  • [po rosyjsku] Doskonale rozumiem, co tu jest napisane, nie widzę sensu po co o tym rozmawiać, bo sądzę, że moje słowa też są zrozumiałe dla wszystkich Białorusinów.
  • Najgorsze, że nawet w małych miasteczkach nie bardzo lubią białoruski. Jeden znajomy powiedział: -nie podoba mi się. Chociaż wielu mówi jakąś niezrozumiałą mieszanką białoruskiego, rosyjskiego, polskiego i ukraińskiego.
  • Język to żywy organizm, który rozwija się na swoich prawach i odzwierciedla nie tylko potrzebę komunikacji ale także stopień świadomości narodowej. Białoruski zbyt długo był językiem chłopów (nie chcę nikogo obrażać [sic!]), albo po prostu niemodnym. Z tym trzeba obchodzić się bardzo ostrożnie, żeby nie wywołać nieporozumień a nawet niechęci. Dajcie językom równe prawa i pozostawcie wybór narodowi.
  • A ja jestem całkiem za. Ale jednocześnie chciałabym, żebyśmy znali też rosyjski.
  • Ten język się skończy, jeśli go nie podtrzymać. I to możemy zrobić tylko my, Białorusini.
  • Moja propozycja – zacznijcie od wplatania pojedynczych białoruskich wyrazów. Mówcie: "dziakuj", "kali łaska", ale bez uśmieszków. To tak jak w klasycznej literaturze – bohaterowie używali francuskich zwrotów.
  • Wedłu statystyk tylko 20% ludności używa białoruskiego. To oznacza, że nasz język wymiera i obecna praktyka – dwa języki oficjalne – sprzyja temu.
  • Pokolenie ludzi po trzydziestce, pamiętających ZSRR, nie przestawi się. A kto, jak nie oni, ma dawać przykład dzieciom? Błędne koło.
  • Wiek koło 30 – to ja. Wcale nie trzeba nas z trudem zmuszać. Uczyliśmy się 3 lata na Wolnym Uniwersytecie Białoruskim. Bardzo łatwo zaczniemy rozmawiać po białorusku – teraz najlepsza pora, żeby zacząć.
  • Uważam się za 100% Białorusina, chociaż mówię głownie po rosyjsku.
  • Moja 12-letnia siostra jeszcze 2 lata temu mnie nie rozumiała. Ale nauczyła się.
  • Wiem po sobie: przede wszystkim nie zwracać uwagi na reakcję otoczenia! Bo nie zawsze będzie pozytywna. Zachowujcie się, jakbyście od zawsze mówili w języku ojczystym – z podniesioną głową.
  • Pamiętam, jak zaczęłam mówić po białorusku… Natchnęła mnie grupa NRM [?] i jej twórczość. Po koncercie odważyłam się… W pierwsze dni było najciężej. Wszyscy na ciebie patrzą, jakbyś urwała się z choinki. Ale jak to przyjemnie, kiedy po jakimś czasie znajomi, słysząc od ciebie rosyjskie słowo, dziwią się i mówią: co z tobą, chora jesteś? Albo idziesz, o czymś marzysz i łapiesz się na myśli: MARZYSZ PO BIAŁORUSKU!
  • A na przykład Łukaszenka stwierdził, że po białorusku nie da sie wyrazić niczego wyższego, jak np. po rosyjsku albo angielsku. I to %*?%* ma być prezydent Białorusi?
  • Najciekawsze, że kiedy zacząłem mówić po białorusku, bywało, że ludzie patrzyli na mnie jakby myśleli – to zuch!
  • Mnie też zawsze było wstyd, że nie umiem po białorusku. Zawsze mówiłam, że nie umiem i dlatego nie będę mówić… na placu, a potem za kratami… no i tak zaczęła się dla mnie moja białoruska historia… i wiecie… ja ten język znam i to dobrze…


…Czy
potraficie sobie wyobrazić, żeby Polacy – powiedzmy, w 1918 roku –
zaczęli dyskutować: A może by tak zacząć mówić po polsku? Ale co ludzie
powiedzą?
…Dziwny jest ten świat…


Pryjaciela ŭ niaščaści paznaješ

Oto pouczający eksperyment. Niektórzy Białorusini (raczej poza granicami kraju) posługują się łacinką. Za pomocą tych oto "łacinizatorów" on-line:
slounik.zolak.boo.pl i pravapis.org przekonwertowałam pewien tekst br23. Wydaje się, że jest to niezłe rozwiązanie dla Polaków, którzy chcieliby czytać białoruskie strony, ale mają trudności z cyrylicą.

Tekst wybrałam miły polskiemu sercu, choć przypuszczam, że nie wszyscy Białorusini by się z nim zgodzili. W każdym razie ci, którzy komentują na blogu br23, generalnie się zgadzają…

Początkowo może to trochę wyglądać na krzaki, ale… jeśli np. czytać to na głos – fonetycznie wychodzi bardzo zrozumiale. Pamiętając tylko tyle, że "h" używa się w miejsce polskiego "g", a "ŭ" czyta się jak nasze "ł" .


“Zyčlivaha pryjaciela ŭ niaščaści paznajuć”

Prabačcie, ja jašče troški pra palityku, z prystaŭkaj “hiea-”. Heta
banalnaje i vidavočnaje nazirańnie, ale moža kamuści paśla
prezydenckich “vybaraŭ” 19 sakavika ŭsio jašče nievidavočna, chto
źjaŭlajecca hieapalityčnym siabram biełarusaŭ napačatku 21-ha
stahodździa (niahledziačy na niekatoryja prablemnyja aspekty našaj
supolnaj minuŭščyny), a chto źjaŭlajecca našym najhoršym hieapalityčnym
voraham.


Rasieja:
• Rasieja adkryta pryznaje i padtrymlivaje aŭtarytarnaha kiraŭnika Łukašenku;

Rasieja ŭ asobie Pucina ździekliva vinšuje biełaruski narod z
“prazrystymi” i “spraviadlivymi” vybarami Łukašenki jašče da
abviaščeńnia aficyjnych vynikaŭ;

• Rasieja ŭ asobie SMI zamoŭčvaje padziei na Kastryčnickaj płoščy i demanstracyi 25 sakavika;
• Rasieja padtrymlivaje dalejšuju rusyfikaciu Biełarusi i źniščeńnie biełaruskaj movy i kultury;
• Rasieja choča mieć poŭny palityčny kantrol nad Biełaruśsiu;
• Rasieja choča mieć poŭny ekanamičny kantrol nad Biełaruśsiu;
• Rasieja šantažom choča zavałodać samym darahim pradpryjemstvam Biełarusi “Biełtranshazam”;
• Rasieja šantažom choča stvaryć poŭnavartasnuju “sajuznuju dziaržavu”, pahłynuć Biełaruś.

Polšča:
• Polšča adkryta vystupaje za demakratyju i pravy čałavieka ŭ Biełarusi;

Polšča najbolš aktyŭna ŭzdymaje pytańnie Biełarusi ŭ eŭrastrukturach,
dzie pra Biełaruś i jaje prablemy majuć vielmi ćmianaje ŭjaŭleńnie,
ihnarujučy ich;

• Polšča prymaje demakratyčnaha kandydata A.Milinkieviča na najvyšejšym uzroŭni;
• Polšča biaspłatna zaprašaje na vučobu studentaŭ, jakija paciarpieli ad režymu Łukašenki;

Polšča daje finansavańnie na svabodnyja SMI: “Radyjo Pałjonija” i
“Radyjo Racyja” viaščajuć dla nas na biełaruskaj movie. U dzień vybaraŭ
“Radyjo Biełastok” pieradavaŭ naviny na biełaruskaj movie;

• Polšča
i zvyčajnyja polskija hramadzianie rehularna pravodziać akcyi
salidarnaści ź Biełaruśsiu: namiot pratestu pierad ambasadaj RB, akcyja
salidarnaści ŭ SMI z “cenzuravanymi” pieršymi staronkami najbujniejšych
hazet, i dziasiatki inšych akcyj u padtrymku biełaruskaj kultury,
demakratyi i pravoŭ čałavieka…


Amal rytaryčnyja pytańni:
• Chto pavažaje prava biełarusaŭ na samavyznačeńnie?
• Chto pavažaje prava biełarusaŭ na suverennaść?
• Chto pavažaje biełaruskuju niezaležnaść?
• Chto pavažaje biełaruskuju kulturu?
• Chto pavažaje biełaruskuju movu?

…I jak się czytało? 🙂


O języku białoruskim

Dziś odkrywam kolejny nieznany ląd – język białoruski. Nie zamierzam się go uczyć, bo wystarczy mi, że od początku rozumiałam teksty po białorusku. Wydaje mi się, że dla Polaka jest to język łatwy do czytania. A więc – uczyć się go nie będę, ale postaram się dowiedzieć o nim czegoś.

Polska Wikipedia podaje dość sporo informacji, ale nie należy im bezgranicznie ufać, co potwierdzają komentarze. Białoruska Wikipedia jest, jak sądzę, bardziej wiarygodna…

Miałam pewną intuicję, która się później potwierdziła. Mam otóż takie wrażenie, że język białoruski pisany cyrylicą ma w porównaniu z rosyjskim „dziwną” pisownię. Dużo spółgłosek… i w ogóle wygląda, jakby go ktoś pisał używając polskiej ortografii, a potem literka po literce przekonwertował na cyrylicę.

I rzeczywiście, coś w tym jest. Białoruski był w ciągu dziejów był zapisywany i cyrylicą (najpierw), i alfabetem łacińskim (potem), i znów cyrylicą (obecnie). Ciekawe, jak pisał Kościuszko do matki?… Tutaj jest strona o łacince – białoruski pisany bardziej „po naszemu”… Prawda, że fajnie się czyta? Śmiem twierdzić, że ten język (przynajmniej w piśmie) jest dla Polaków bardziej zrozumiały niż czeski albo słowacki. Przy okazji, potwierdza się moje podejrzenie, że starobiałoruski już całkiem niewiele różnił się od polskiego.

Kolejna niespodzianka: Tatarzy żyjący w Wielkim Księstwie Litewskim używali języka białoruskiego, a zapisywali go alfabetem arabskim!!


…To po białorusku!
(Fragment „Meradj”, poematu o wniebowzięciu Proroka)

Więcej informacji:

Dzienniki Marcowe IV

Czwarta część Dzienników Marcowych.

Zdecydowałam się na skopiowanie całości Dzienników Marcowych na moją
stronę. Może będą dzięki temu łatwiejsze do znalezienia dla Polaków.

Jest
to legendarny tekst, który krąży po białoruskim i rosyjskojęzycznym
internecie. Pamiętnik Darii Kostenko, uczestniczki protestów w Mińsku.
Tutaj wcześniej przytoczyłam jeden fragment: "Polonez Ogińskiego".

Tekst skopiowałam stąd. A tutaj jest strona Bułoczki, która, jeśli dobrze rozumiem, jest właśnie Darią Kostenko.

мартовские дневники – перевод на польский

CZĘŚĆ 4. ŚPIWÓR JAK BROŃ PROLETARIATU. JA NIENAWIDZĘ!

Pospaliśmy
kilka godzin u Paszki i rozjechaliśmy się do pracy. Tak dziwnie: stałeś
się już innym człowiekiem, twoje życie już się całkiem zmieniło, ale
wszystko jeszcze idzie po inercji, cisza i spokój. W redakcji nikt
jeszcze o niczym nie wiedział. Jeszcze jeden dzień można było pocieszyć
się niezwykła iluzją, niby nadal trwa poprzednie, ciche i ulotne życie.
Ciekawa i słodka iluzja, tak jakbyś z więzienia czy z wojny powrócił na
pół dnia do normalnego życia, do przeszłości.


W pracy nawet nie zasypiałam. Zredagowałam bardzo trudny artykuł, szybko załatwiłam wszystkie sprawy.



A
później pojechałam do domu – przebrać się cieplej, zmienić obuwie, bo
podkusił mnie czort wyjść z domu w lekkich wiosennych bucikach. Pojeść
tylko nie zdążyłam. Postanowiłam jechać na Kastrycznicką, choć nie bez
wahania. Zdawało mi się, że porządnie się rozchorowałam, a poza tym
bardzo pragnęłam wyspać się i napisać dziennik. A to raptem jutro mnie
zamkną – do zobaczenia, „ciąg dalszy nastąpi”. Jednak zdecydowałam się.
Owinęłam się śpiworem pod kurtką, przyszyłam śpiwór do swetra i
obkleiłam taśmą.


Zwinęli mnie w metrze, na Kastrycznickiej
płoszczy. Bardzo lekko i prozaicznie: śpiwór wystawał spod kurtki.
Zastąpił mi drogę milicjant, poprosił dokumenty i zażądał pójść z nim
do kantorka.


Tam przyszło mi zrobić wymuszony striptiz,
wyciągnąć wszystko z torebki. Starałam się zachowywać się jak
najbardziej spokojnie i życzliwie. Próbowałam porozmawiać po ludzku z
ludźmi w mundurach, i mi to wychodziło. Siedzący tam oficer był w
porządku, z nim właśnie rozmawialiśmy. Ten czarnooki sympatyczny facet
całkiem serio pytał, ile mi zapłacili. Drugi był całkiem inny.
Przekopywał moją torebkę. Znalazł dyskietki i ze złością spytał, co tam
mam. Spokojnie odpowiedziałam: „proszę, niech pan weźmie, popatrzy”. A
sama momentalnie pokryłam się zimnym potem. Miałam tam wiadomości ze
strony svaboda.info i „Marcowe dzienniki”. Drugi milicjant długo się
zastanawiał, czy nie zepsuć tych dyskietek (czego w tym momencie
chciało się chyba najbardziej). W końcu jednak oddali. Oddali też
wizytówkę K w języku estońskim. Pewnie nie zobaczyli słowa
„correspondent”.


Rozmawiałam z milicją, próbowałam wytłumaczyć
im swój punkt widzenia, dać do zrozumienia, że nie jesteśmy pijanymi
oszołomami. Milicjanci mówili mi, że dziś w nocy będzie „chapun”
(łapanka), będą bić ludzi i zabierać ich na milicję. Wszelkimi metodami
próbowali zastraszyć.


Tylko raz o mało nie wpadłam – kiedy
przyszli tajniacy. O ile milicjantów mogę zrozumieć i nawet w wielu
rzeczach usprawiedliwić, to tych – nie-na-wi-dzę! Oni wszyscy są w
czymś podobni. Takie same tłustawe niewyraźne oblicza, jednakowe
samouwielbienie i przekonanie o swojej nietykalności. Ubrani w coś
ciemne i niewyraźne, i po tym ich można poznać.


CI byli ze
znaczkami, NASZYMI znaczkami „za swabodu”! Zachowywali się w posterunku
jak prawdziwi gospodarze. Jeden z nich, ten wyższy i grubszy, popatrzył
na mój śpiwór i wyraźnie zadowolony powiedział: „Oho! Śpiwór! Odniosę
go Mikałaiczu do samochodu, niech się zagrzeje, zmarzł tam przecież
przez te 4 godziny”.


I tu zrozumiałam, że muszę mocno trzymać
się w rękach, w przeciwnym wypadku wpadnę. A oni przekopywali moje
rzeczy, długo przeglądali paszport. Jeden wziął książkę braci
Struhackich, która była w torebce, i niezdarnie pokręcił ją w dłoniach
(tak mnie korciło powiedzieć: to książka, ją się czyta) i powiedział:
„Co to? Kryminał? Mistyka?” Najpierw chcieli napisać protokół i odwieźć
mnie do aresztu na ulicy Akrescina. Ale tu wysoki powiedział: „Aj,
niech ją! Chodźmy do tych głupków, bo póki będziemy ją wozić, tam w
kręgu wszystkie smakołyki bez nas zjedzą”.


I przyczepił na szczególnie widoczne miejsce biało-czerwono-biały znaczek.

Takiej
nienawiści i bólu nie odczuwałam jeszcze nigdy. Chciało mi się wziąć go
za gardło, temu sytemu cynicznemu parszywcowi, który nas aresztuje, i z
czystym sumieniem żre nasze przecież jedzenie. Jedzenie, jakie taskają
nam ludzie, ryzykując siąść za to na 10 dni. Jakie rozdają zmarzłymi
rękami dziewczynki, które stoją na Majdanie drugą dobę bez snu.


Tego
nie wolno zapomnieć, nie wolno darować. Święty Boże! Rzuć mnie w
otchłanie piekła, jeśli chcesz. Ale zrób jedno! Zrób cud – aby następny
kęs u TEGO w gardle stał się kamieniem.


Tego nie wolno
zapomnieć i darować. Najgorsze, co zrobiła obecna władza – podzieliła
swój naród na „uczciwych” i „nieuczciwych”. Większej części narodu
kapitalnie wyprała mózgi. Podle okłamała najbardziej sumiennych i
śmiałych, którzy nie cierpią niesprawiedliwości, którzy nie potrafią
godzić się ze złem. A tą mniejszą, „inaczej myślącą” część zmusiła bać
się i milczeć. Bać się aresztu, zwolnienia z pracy, bać się, że cię
pobiją w ciemnej bramie. Bać się o siebie, przyjaciół i rodzinę. W te
dni cały czas mi telefonują znajomi i przyjaciele, pytają się, czy na
wolności, jak się czuję. Sprawdzają, czy wszystko ze mną dobrze.


Jeśli
wszystko w porządku, to nie na długo. Nie mam złudzeń. Jeśli dzisiaj
mnie przetrzymali dwie godziny i wypuścili, to nie oznacza to jeszcze,
że do kraju nadeszła demokracja. Im po prostu niezręcznie jest podnosić
szum dzisiaj, kiedy w Mińsku tyle zagranicznych dziennikarzy. Ci
chłopcy z Reutera, TVP i innych mediów – tylko ich obecność nas dziś
ochrania. Jesteśmy na wolności, dopóki tam, na płoszczy, stoi krąg.
Myślę, że kiedy to wszystko się skończy, bezpieka „przypomni nasze
imiona”. Tym bardziej, że twarzy nie chowaliśmy.



22 marca PRZY-ŁĄ-CZAJ-CIE SIĘ!

Trochę odespałam w domu.

Szczęśliwie
kończę dzienniki i odjeżdżam na płoszczę. Urywają się telefony od
znajomych i krewnych, którzy widzieli mnie w TV i Euronews. Ale z
telefonem coś nie tak, słychać jakieś szumy i szczekania. Nas
podsłuchują.


Wczoraj w nocy dzwonili do nas Estończycy, K i S.
Estoński konsul poprosił ich natychmiast opuścić kraj. Powiedział, że
zdrowo „zaświecili się” obok nas i że „namiotowców” czekają ogromne
problemy. Przeprosili za to, że wyjeżdżają i nas zostawiają. Mam
nadzieję, że uda mi się wysłać te dzienniki przez Internet, kiedy dojdę
do kawiarenki. Wyślę, komu będę mogła.


Co będzie jutro, tego
nie wiem. Chciałabym poprosić wszystkich, kto czyta. Ludzie! Jeśli
jesteście Białorusinami, przychodźcie na płoszczę, kto może – stójcie
razem z nami! PRZY-ŁA-CZAJ-CIE SIĘ! Jeśli mieszkacie niedaleko od
Mińska, rozpowszechnijcie te dzienniki, aby ich przeczytało jak
najwięcej ludzi. Tym wy również bardzo pomożecie. Jeśli nie możecie
stać razem z nami, to chociaż PAMIĘTAJCIE, jak to wszystko było, i
opowiedzcie innym.


Na wszelki wypadek wszystkim – żegnajcie!


Daria Kostenko
Tłumaczenie z języka białoruskiego (Kuba Łoginow)


Więcej informacji:

Dzienniki Marcowe III

Trzecia część Dzienników Marcowych.

Zdecydowałam się na skopiowanie całości Dzienników Marcowych na moją
stronę. Może będą dzięki temu łatwiejsze do znalezienia dla Polaków.

Jest
to legendarny tekst, który krąży po białoruskim i rosyjskojęzycznym
internecie. Pamiętnik Darii Kostenko, uczestniczki protestów w Mińsku.
Tutaj wcześniej przytoczyłam jeden fragment: "Polonez Ogińskiego".

Tekst skopiowałam stąd. A tutaj jest strona Bułoczki, która, jeśli dobrze rozumiem, jest właśnie Darią Kostenko.



мартовские дневники – перевод на польский

Wynajmuję mieszkanie razem z Saszą i Tanią. Z Tanią mieszkaliśmy razem
jeszcze w akademiku dziennikarstwa BDU (Białoruskiego Uniwersytetu
Państwowego w Mińsku – tłum.). Od czasu do czasu przyjeżdża do nas ze
Smarhoni Swieta, nasza przyjaciółka z tego akademika.

18 marca
na koncercie poparcia Milinkiewicza, Tania i Sasza zapoznali się z
dwoma dziennikarzami z Estonii, K i S. Chodzili oni, pytali się, u kogo
można przenocować, bo nie chcieli iść do hotelu. Jak opowiedział nam K,
na granicy ich 3 godziny przesłuchiwał agent z KGB. K zabrali laptopa.
Dlatego bali się wynajmować coś oficjalnie.


Tańka z Saszą
pojechali do nas. Rozmawialiśmy do nocy, rano pojechałam obserwować
wybory, później na plac, i do domu już nie wróciłam. Pozostało nocować
u Paszy. Z tych liczb, jakie podała Centralna Komisja Wyborcza już
wieczorem, było jasne, że nas oszukali. 19 wieczorem do nas przyjechała
Swieta. Agitowała za Milinkiewicza w Smarhoni, i wyniki głosowania w
jej obwodzie również nie ucieszyły.


Jak powiedziała mi Tania, w
nocy siedzieli oni i rozmawiali w kuchni o tym, w jaki sposób wyrazić
swój protest. Idea namiotów przyszła do głowy praktycznie wszystkim
równocześnie. Najciekawsze, że pomysł ten pojawił się nie tylko u nich.
My z Paszkom w tę noc również rozważaliśmy taką możliwość, ale
skończyło się tylko na słowach. A u Swietki z Tanią – nie skończyło
się. Zadzwonili do znajomych chłopców z „Młodego Frontu”. Jak się
okazało, podobne myśli były u wielu. Pozostawało im się tylko umówić, o
której przyjdą na plac, i jak przyciągnąć tam amunicję.


K i S
na początku zdziwili się, a potem powiedzieli: „myślcie sami, to wasz
kraj. My, oczywiście, pomożemy wam stawiać, ale nam jest prościej. W
ostateczności deportują – i to wszystko. A wy będziecie mieć ogromne
problemy”.


Swietka i Tania zgodzili się na problemy. Tak
zrobiła się już czwórka. Rankiem 20-go zadzwonili nam z Paszą, aby
poprosić o zgodę na mój namiot, śpiwór i plecak. Oczywiście,
zgodziliśmy się. Zdecydowaliśmy z Paszą, że również jakoś zadziałamy –
wtedy to jeszcze nie zdawało się taką poważną sprawą. W ten sposób nas
zrobiło się sześciu. Nie licząc jeszcze nieznajomych mi chłopców i
dziewczyn.


Właściwie, przeciętny wiek ludzi na Kastrycznickim
placu będzie gdzieś taki, jak mój. 24 lata. Całkiem młodzi, przeważnie
studenci, ale nie wszyscy. Są też starsi, przeważnie silni mężczyźni w
kręgu. Chłopców więcej, niż dziewczyn.


Ale wracam do opowieści.
Fotografowali nas praktycznie bez przerwy – więc aby flesze nie
przeszkadzały śpiewać, zamknęłam oczy. W centrum obozu, pośród
namiotów, położyliśmy turystyczne karimaty. Najpierw składaliśmy na
nich jedzenie i ciepłe rzeczy, później zrobiło się tego dużo i
musieliśmy zrobić z dwóch namiotów magazyny. Kiedy roznosiłam rzędami
gorącą herbatę, ktoś podarował mi dwa bukiety kwiatów – irysów i
jeszcze jakichś. Wstawiliśmy je do słoika. Ktoś przyniósł i postawił
obok ikonę. Zapaliliśmy koło niej dwie grube świeczki. Staraliśmy się
utrzymywać na tym placyku porządek, sprzątać stamtąd śmieci.
Stawialiśmy tam jedynie termosy z gorącą herbatą, ale one szybko robiły
się puste… Siedzieliśmy tam mało – jak tylko przynosili gorącą
herbatę czy kawę, rozlewaliśmy je do kubeczków i rozdawaliśmy naszemu
żywemu łańcuchowi. Jeden z najgłupszych wymysłów naszych mediów – to,
że my wszyscy pijani, i w termosach przynoszą nam piwo. To nawet się
kupy nie trzyma: jaki dureń na mrozie o 3 w nocy będzie pić piwo, a nie
gorącą wodę?


Ale takich wymysłów można się było spodziewać.
Dlatego w namiotowym miasteczku i wokół niego obowiązywało absolutne
„suche prawo”. Wszyscy dokładnie rozumieli: broń Boże choćby kroplę
alkoholu – od razu sfotografują i nazwą alkoholikami. Periodycznie
naród zaczyna krzyczeć: „JA SU-CHY! JA SU-CHY!” O piątej rano jakiś
nieznajomy chłopiec przyniósł nam dwie butelki wódki. Chcieliśmy
odprawić go z nimi z powrotem, ale później pomyśleliśmy: a może on
rzeczywiście nie prowokator, a my go wydamy „psom”? My tych butelek
nawet nie odkorkowywaliśmy. Obwinęliśmy, czym się dało, zasunęliśmy do
torby, schowaliśmy do namiotu i zawaliliśmy rzeczami.


Całą noc
był z nami Alaksandr Milinkiewicz ze swoją żoną. Schodzili z
podwyższenia, podchodzili do namiotów. Raz im się udało przenieść z
zewnątrz termos z gorącą herbatą. A dwóch synów Milinkiewicza
zatrzymali w nocy na prospekcie, kiedy próbowali przenieść ciepłe
rzeczy.


W nocy było bardzo zimno, szczególnie osobom w kręgu,
którzy nas ochraniali, w tym również od wiatru. Ci ludzie… gotowa
jestem stać przed nimi na kolanach. Stali szczelnym łańcuchem na mrozie
całą noc, a niektórzy i dłużej – PO 14 GODZIN i WIĘCEJ, nigdzie nie
odchodząc i nie ruszając się z miejsca. W nocy do nas przyprowadzili
całkiem młodego chłopczyka, lekko ubranego. Ledwie mógł mówić. Poiliśmy
go gorącą herbatą, rozcieraliśmy mu ręce, na jakich nie było rękawiczek.


Jak
się grzaliśmy? Śpiewaliśmy pieśni, skandowaliśmy, tańczyliśmy pod rytm,
jaki wybijaliśmy na kubkach. W różnych końcach kręgu ludzie cały czas,
od czasu do czasu również dołączali się, próbując tańczyć coś w stylu
średniowiecznych kręgowych tańców, rytmicznie przestępując z nogi na
nogę i przytupując. Ktoś się odginał, ktoś przysiadał. Niektórzy
zrobili przebiegli się wokół żywego kręgu, starając się być bliżej do
ludzi. Biegli z flagami, na przedzie był chłopiec z rosyjską, potem
ktoś z dwoma – białoruską i ukraińską, za nim – gruzińska. Periodycznie
skandowali z radością na ustach: „Młodzież za zdrowy tryb życia!”. Ja
również za nimi pobiegłam. Dobrze rozgrzewa.


Trochę później
przyszło nam rozwiązać jeszcze jeden problem. TOALETA, jak by to
prozaicznie nie zabrzmiało. Oczywiście: wiele osób z przyległych domów
puściło nas do siebie. Problem w tym, że tam nie było jak się dostać.
Wokół kręgu stali tajniacy i siły specjalne. Zablokowano wszystkie
wejścia – wyjścia na plac. Na własne oczy zobaczyłam, że na przyległych
do placu ulicach stoją całe „karawany” – furgonetki dla aresztowanych,
autobusy z OMONem. Tylko gdzieś odejdź – i po tobie.


Długo
rozmyślaliśmy, jak znaleźć wyjście z tej sytuacji. Pomógł jeden
chłopiec. Dosłownie gołymi rękami otworzył luk kanalizacyjny, z boku,
bliżej do drogi. Nad lukiem postawiliśmy namiot, przecięliśmy dno. Na
początku z niego porządnie śmierdziało. A ja zakrzyczałam: „A wyście
myśleli, że rewolucja pachnie różami?” i dałam nura do namiotu.


A
w białoruskiej telewizji powiedzieli, że gnuśni białoruscy
opozycjoniści zrobili sobie ubikację – tak specjalnie – obok muzeum II
Wojny Światowej. Śmiechu warte! Muzeum znajduje się tak daleko od kręgu
i kamer dziennikarzy, że ten, kto postanowiłby go odwiedzić, po prostu
by nie wrócił.


Trzeba wspomnieć o jeszcze jednym kłamstwie.
Durny wymysł – a mimo to wiele osób w to wierzy. My niby stoimy po
prostu za kasę. Na początku podawali sumę 20 tysięcy białoruskich rubli
(około 10 dolarów). Później zrozumieli, że to wygląda śmiesznie i
głupio. „Podniosła” nam władza „wynagrodzenie” prawie pięciokrotnie –
do 5 zielonych.


Miły Boże! Niechaj ci wszyscy, którzy w to
wierzą, przyjdą i spróbują postać pod spojrzeniami i kamerami
tajniaków. 14 godzin postać, dębiejąc na mrozie, i czekać świtu jak
zbawienia. Radośnie krzyczeć, kiedy pojawi się słońce. I widzieć nad
ranem, że nas mało, ludzie się po prostu nie przebijają. I odczuć, jak
strasznie przerzedza się koło z każdą chwilą, bo ludzie nie wytrzymują
i idą spać, a zmienić nas nie ma kto. I każdej minuty czekać szturmu,
gwałtu, prowokacji. I wiedzieć, że być może już jutro wyrzucą cię z
uniwersytetu, z pracy, albo posadzą do więzienia.


Tak, rano nas
zupełnie mało. Kiedy o 6 rano przejechał po alei (Niezależnasci –
tłum.) autobus nr 100, wpadliśmy na pewien pomysł. Ta strona kręgu,
która była odwrócona twarzą do kręgu, każdorazowo, kiedy podjeżdżała
„setka”, przyklękała, aby widoczne były namioty. I ludzie skandowali:
„DA-ŁU-CZAJ-CIEŚ! DA-ŁU-CZAJ-CIEŚ!” Robili to, dopóki fizycznie byli w
stanie.


My czekaliśmy, czekaliśmy pomocy, a jej przychodziło tak
mało!!! Ale o 9 już stało się jasne że koło wytrzyma. Część osób
zmienili. Kiedy roznosiliśmy im gorącą herbatę i jedzenie, odpowiadali:
„nie, dziękuję, prosto z domu”.


O 9 rano zrobiło mi się
zupełnie kiepsko. Chciało mi się spać i aż kłuło z zimna. Doczekaliśmy
się z Paszą momentu, przeskoczyliśmy koło SOBR-owców i tajniaków, obok
których stali dziennikarze, wskoczyliśmy do „setki” i pojechaliśmy. A
Swietka i Tania zostali, trzecią dobę bez snu.


[c.d.n.]

Daria Kostenko
Tłumaczenie z języka białoruskiego (Kuba Łoginow)



Więcej informacji:


Dzienniki Marcowe II

Druga część Dzienników Marcowych.

Zdecydowałam się na skopiowanie całości Dzienników Marcowych na moją
stronę. Może będą dzięki temu łatwiejsze do znalezienia dla Polaków.

Jest
to legendarny tekst, który krąży po białoruskim i rosyjskojęzycznym
internecie. Pamiętnik Darii Kostenko, uczestniczki protestów w Mińsku.
Tutaj wcześniej przytoczyłam jeden fragment: "Polonez Ogińskiego".

Tekst skopiowałam stąd. A tutaj jest strona Bułoczki, która, jeśli dobrze rozumiem, jest właśnie Darią Kostenko.

мартовские дневники – перевод на польский

CZĘŚĆ 2. „WSPANIALE DALEKO” i coś o kłamstwie

Na
początku wokół nas nie było za dużo ludzi, stał szczelny krąg. Na
schodkach grała muzyka, dziennikarze podchodzili do nas, żeby
przeprowadzić wywiad. Rozmawiałam z korespondentem „Euronews” i
gruzińskimi dziennikarzami telewizyjnymi, z korespondentem NTB. Nie
bardzo to cieszyło, szczerze mówiąc, ale oni jakoś tak często do mnie
podchodzili.


Po 23 muzykę wyłączyli, ponieważ prawo zabrania
puszczać głośną muzykę w nocy. Staramy się przestrzegać prawa we
wszystkim, nawet w drobiazgach. Dlatego, że wiemy: każdy drobiazg może
być skierowany przeciw nas. A jeśli nie znajdą drobiazgu – wymyślą.


Po
dwunastej ludzie zaczęli się rozchodzić, bo wkrótce przestawało jeździć
metro. Nas robiło się cały czas coraz mniej, ale krąg stał cudownie, na
śmierć i życie.


W nocy zaczęli przychodzić ludzie z termosami
gorącej herbaty. Były to, przeważnie, starsze kobiety i mężczyźni z
pobliskich domów.


Przebić się do nas z samego początku było
nie lekko. Aby pozbawić nas poparcia narodu, milicja zatrzymywała na
podejściu każdego, u kogo znajdywała termos, jedzenie czy śpiwór. Ale
oni jakoś przenosili. Pamiętam dwie starsze kobiety, które przyciągnęły
trzy termosy z gorącą wodą. Pocałowały nas i powiedziały, że będą się
za nas modlić. Rano przyszedł bardzo stary człowiek z pomiętą
celofanową torebką. W torebce była kiełbasa i chleb. Dziadziuś
powiedział: „wybaczcie, że tak mało: to wszystko, co było w lodówce”.
Gdyby nie ci ludzie, byłoby nam o wiele ciężej. Teraz milicja łapie ich
i daje za termos herbaty albo śpiwór 10 dni aresztu. Zgodnie ze
wczorajszymi danymi z Internetu, zatrzymano już ponad 100 osób.


Czym
się zajmowaliśmy tam wewnątrz kręgu? Chodziliśmy, rozmawialiśmy.
Siedzieliśmy w małych grupkach i śpiewaliśmy pieśni. Najpierw
zaśpiewaliśmy „Wspaniale daleko” (Prekrasnoje dalioka). Ta pieśń
również była niby o nas. Jacyś dziennikarze radiowi sunęli nam mikrofon
i nagrywali.


Głos zarwał mi się na słowach:
„Słyszę głos, głos zapytuje srogo:
A dziś co dla jutra zrobiłem ja?”


pieśń, wśród ludzi, którzy zasłaniają nas swoimi ciałami, również
postaram się zapamiętać na całe życie. Ten wieczór był, na pewno,
najlepszym i najważniejszym w moim życiu. Moja opowieść będzie w dużym
stopniu przeciwieństwem całego tego kłamstwa, jakie wylewają na nas
białoruskie i niektóre rosyjskie media. KŁAMSTWA, że nasza akcja –
antyrosyjska, że my nienawidzimy Rosji. Wśród nas byli Rosjanie z
Moskwy, z rosyjskim „trójkolorem”. Nasz Majdan zaczynał się nie tylko
pod białoruskie pieśni. Solidarnie śpiewaliśmy „Pieriemien”, „Gruppu
krowi”, „Zwiezdy po imieni sołnce” Coja. I „Proswitełą” DDT.
Śpiewaliśmy „Atłantow” Gorodnyckiego, „Kniżnich dietiej” Wysockiego,
„Idiotskij marsz” Miadźwiedziewa. Śpiewaliśmy „Kryłatyje kaczeły”.


Nasz
protest – przeciw kłamstwa i dyktatury, przeciw fałszerstwom wyborów i
znikaniu ludzi, gwałtu nad dziennikarzami. Przeciwko Związku
Radzieckiego, który łapie nas za nogi ze swojej, zdawałoby się,
głębokiej mogiły.


Chciałoby się zapytać Rosjan: naprawdę wam
potrzebny taki sojusznik, jak Łukaszenka? Sojusznik, którego wybierają
zgodnie z zasadą: „niech będzie i swołocz, byle swołocz nasza”? Tym
Rosjanom, którzy stali w kręgu ramię w ramię z Białorusinami, taki
sojusznik nie potrzebny.


A jeszcze było z nami trochę Ukraińców,
którym jakoś udało się przebić przez granicę z flagą. Była gruzińska
flaga, ale Gruzinów nie widziałam. Było wiele biało-czerwono-białych
flag i kilka flag Unii Europejskiej.


Razem z nami namioty stawiali dwaj estońscy dziennikarze.

Właśnie,
to KŁAMSTWO, że wszystko było przygotowane już wcześniej. Opowiem wam,
jak powstała idea postawienia namiotów i skąd się wzięła pierwsza
szóstka mężnych. Ryzykować już nie ma czym: nasze twarze pokazały
wszystkie wiodące telekanały Europy i KGB-owskie kamery – na pewno też.
Później mogą ze mnie wybić zeznania, że wszystko to było inaczej, ale
ja w tym miejscu, mam nadzieję, zdążę opowiedzieć prawdę.



[c.d.n.]

Daria Kostenko
Tłumaczenie z języka białoruskiego (Kuba Łoginow)


Więcej informacji: