Zaproszenie na spotkanie w Krakowie


PANEL DYSKUSYJNY

Udział biorą:
Wiesław Romanowski (reporter TVP)

Bartłomiej Sienkiewicz (ekspert ds. wschodnich)

Mikołaj Trzaska (saksofonista, nagrywa m.in. z muzykami ukraińskimi)
Thomas Urban (slawista, korespondent Süddeutsche Zeitung)

Prowadzenie:
Sławomir Mokrzycki

Spotkanie rozpocznie dyskusja oksfordzka z udziałem krakowskich studentów:
"Mentalność wschodnioeuropejska jest specyficzna i należy ją zachować" ZA / PRZECIW

Szwedzki ekspert u nas!

Pewnego razu napisałam w dość złośliwym tonie o blogu szwedzkiego eksperta, pana Vilhelma Konnandera:

… nie zna rosyjskiego (np. o
żonie Łukaszenki pisze "Mrs. Rodionovna", tymczasem,
gdyby znał choć trochę język rosyjski, wiedziałby, że Rodionowna to
oczywiście nie jest nazwisko, lecz "otczestwo") i w konsekwencji nie radzi sobie z szukaniem informacji w rosyjskojęzycznym internecie.


Mnie
na przykład wystarczyło kilkanaście minut, żeby zweryfikować jego zasób
wiadomości na temat małżonki prezydenta Łukaszenki. Pan Konnander
twierdzi, że nie potrafił znaleźć więcej niż dwa jej zdjęcia oraz nie
wysilił się na poszukiwania informacji o niej poza stronami
angielskojęzycznymi. Tymczasem ja w ciągu kwadransa znalazłam w
internecie kilka kopii wywiadu z Galiną
Łukaszenko, a nawet udało mi się zgromadzić niezgorszy albumik zdjęć
rodzinnych.

Jeżeli wszyscy zachodni eksperci od
Białorusi wiedzą o niej mniej, niż ja potrafię znaleźć w Googlach w
kwadrans – to bardzo źle wróży temu krajowi…


Lecz oto dziś o drugiej w nocy pan Konnander we własnej osobie wpisał tutaj swój komentarz – po polsku!

Szanowny N.N.,



Rzeczywiscie znam, ze Rodionowna jest "otczestwo" zony Lukaszenki. Czy pan nie zna sie na zartach? Jest zabawnym artykulum…



Uprzejmie pozdrawiam,



Vilhelm A.O. Konnander

Witam Pana i cieszę się bardzo, że zechciał Pan napisać. Po Pańskim sprostowaniu nie pozostaje mi nic innego jak cofnąć mój zarzut, że nie wie dział Pan co to jest "otczestwo".

Niestety, co do pozostałych zarzutów – zdaje się, że mam więcej racji. Pisząc o żonie Łukaszenki stwierdził Pan, że prowadził Pan szeroko zakrojone poszukiwania informacji o niej – i znalazł tylko to, co zostało przedstawione na blogu. Jednak faktem jest, że pominął Pan w poszukiwaniach internet rosyjskojęzyczny. Szkoda. Bo nie chodzi tu tylko o "zabawne artykuły". Ta część sieci funkcjonuje nieomal jak osobny świat, nigdy nie odwiedzany przez zachodnich internautów. A można tam znaleźć niesłychanie ciekawe informacje. Na przykład dzięki moim własnym znaleziskom we "wschodnim" internecie powstały dwa artykuły wydrukowane w dwóch największych polskich dziennikach.

Zachęcam do uważniejszego przeszukiwania wschodnich rejonów internetu.

Pozdrawiam bardzo uprzejmie,
Anuszka

Wersalka na przedpłaty. Z życia codziennego na Białorusi

W mieście stołecznym Mińsku wydarzyła się niedawno taka oto historia.Pewna firma zaczęła sprzedawać meble na przedpłaty. Klient składa zamówienie w sklepie, a gotowy wyrób dostaje dopiero po zapłaceniu 100% ceny. Przed zapłaceniem nie ma możliwości obejrzenia mebla. Co dzieje się dalej – nietrudno się domyślić. Białoruski internauta pisze:

Na pewno wielu z was zwróciło uwagę na billboardy z reklamą mebli na zamówienie firmy Domowoj, rozstawione po Mińsku niemal na każdym rogu. Kolega miał „szczęście” zamówić tam wersalkę model Wizyt-7, i oto co z tego wyszło:

W sklepie deklarowano okres przygotowania wersalki – 10 dni. Przy zawarciu umowy okres okazał się jednak 14-dniowy, przy czym chodziło o dni robocze. Wiele zamówień. Tak oto wersalka zamówiona 7 listopada powinna była być gotowa 28 listopada.

28 listopada nagle okazało się, że u producenta zabrakło nóżek do wersalki. Przyszło poczekać jeszcze 2 dni.

Wreszcie wersalka została przywieziona. Tragarze, którzy przywieźli mebel sami byli zdziwieni jakością produktu rodzimego biznesu: w miejscu, gdzie pozioma część styka się z oparciem, była szczelina szeroka na 3 cm. „Szefie, niech no pan nas wypuści z domu – my tu tylko robimy za tragarzy, za takie coś to tylko ręce pourywać, sami byśmy pourywali, gdyby ten majster tu był!”

Ale nie! Któż by ich teraz wypuścił? Uparty klient postanowił zajrzeć do skrzyni na pościel. Najwidoczniej wersalkę wyprodukowano w poniedziałek z rana, lub w piątek po obiedzie. Siedem klamr, na których trzyma się obicie to czternaście ostrych gwoździ wbitych prosto w najważniejszą część mebla.

Wzięci za zakładników tragarze powieźli klienta do biura, gdzie objaśniono im, że inżynierowie kontroli jakości poszli do domu i poproszono, żeby zadzwonić jutro. Zakładnicy musieli zostać w tej sytuacji zwolnieni.

Nazajutrz klient zadzwonił do oddziału kontroli jakości. „Ma pan skargę? Doskonale! W ciągu dwóch tygodni przyjedzie do pana specjalista.” Po kilku telefonach do coraz wyższych przełożonych udało się zamówić inżyniera od jakości za dwa dni.

W protokole defektów pani inżynier wskazała na fakt istnienia szczeliny i prośbę właściciela wersalki o naprawę niedostatków w skrzyni na pościel. Różnicy poziomów siedziska i oparcia, gdy wersalka była rozłożona, nie ujęła w spisie. „Sama będę na produkcji – wszystkiego dopilnuję.” Wersalkę zabrano następnego dnia.

Minęły trzy dni trwożnego oczekiwania. Wersalka wróciła. Jak myślicie, ile defektów naprawiono? Tak! Jeden. Szczelina. Wersalkę odesłano z powrotem.

Dwa dni awantur. Potem jeszcze dzień oczekiwania. Wersalka znów powróciła. Ile defektów usunięto? Wszystkie.

Przypomina się tu cytat: „Lubię ja was, lecz dziwną miłością…”. Obejrzyjmy wersalkę. Podnosząc siedzenie na poziom oparcia, Majstrowie zapomnieli przemieścić w tym samym kierunku nóżki głównej części mebla. W rezultacie przy składaniu wersalki nóżka od siedzenia „nadeptuje” na nóżkę głównej części, po czym ze zgrzytem opada w dół. Myślicie, że Majstrowie nie zauważyli? My też tak pomyśleliśmy! Dopóki nie ujrzeliśmy drugiej pary nóżek, z przeciwnej strony: nóżkę skrzyni po prostu lekko podgięto – o jakichś 25 stopni. I już nie nadeptuje!

 

Właściciel wersalki opisał historię na forum tut.by. Internauci utyskują przy tej okazji na gwałtowny wzrost cen mebli i zwracają uwagę, że w niemieckich katalogach wysyłkowych ceny są niższe – i bez porównania wyższa jakość. Ciekawe, czy to prawda. Interesujące, że w salonach meblowych „Domowoj” można również kupić meble produkcji chińskiej – ładne, lecz w niebotycznych cenach. A oto zakończenie przygody z wersalką:


Umowę rozwiązano. Wersalkę zwrócono.

Poszedłem po zwrot pieniędzy. Były trzy zamówienia na sumę:
767 000 rubli [= ok. 1000 zł] – wersalka
35 500 rubli [= ok. 50 zł] – dostawka
4 580 rubli [= ok. 6 zł]– dodatkowe poduszki

Wręczono mi równo 716 080 rubli.

„Mamy nadzieję, że nie żywi pan już więcej pretensji do naszej firmy.”

Poprosiłem o przeliczenie kwoty jeszcze raz.

„U nas wszystko się zgadza” (pokazali kalkulator)

Tam rzeczywiście wyświetlało się 716 080. Pokazałem rachunek 767 tysięcy – cena jednego zamówienia przewyższała całą wypłaconą sumę.

„Ach, jeszcze 90 tysięcy?”

Nie rozumiem jednego – dlaczego ludzie w ogóle kupują w firmie, która sprzedaje kota w worku? Czy nie łatwiej pójść do sklepu, gdzie konkretny egzemplarz można dokładnie obejrzeć i wypróbować? Jedyne wytłumaczenie to zachęcająca cena. Ale jest ona zachęcająca właśnie dlatego, że firma zgarnia 100% ceny przed wyprodukowaniem wyrobu, po czym nie trudzi się  wykonaniem go w rozsądnej jakości.

Współpracowałem z KGB

Najnowszy Tygodnik Powszechny drukuje niezwykle ciekawy materiał:

Współpracowałem z KGB


Z Władysławem Michajłowem, studiującym w Polsce białoruskim opozycjonistą, rozmawiają Małgorzata Nocuń i Andrzej Brzeziecki

Władysław
Michajłow, dwudziestoletni działacz białoruskiej opozycji, a obecnie
uczestnik ufundowanego przez polski rząd programu stypendialnego,
postanowił opowiedzieć „Tygodnikowi" o współpracy z białoruskim KGB.
Jak twierdzi, sam nie był w stanie poradzić sobie z tym uwikłaniem,
nękały go wyrzuty sumienia i telefony pracowników białoruskich służb. W
Polsce poczuł się bezpiecznie i nabrał odwagi, by przyznać się do
współpracy. (…)


Komentarz: Piotr Niemczyk, jeden ze współtwórców UOP


Zastanawia mnie, dlaczego KGB nie starało się utrudnić chłopakowi
wyjazdu do Polski. Raczej w takich wypadkach zobowiązują delikwenta do
zachowania tajemnicy i dodatkowo straszą. Mówią, że jeśli coś piśnie za
granicą, to się o tym dowiedzą i skrzywdzą rodzinę w kraju. W innym
przypadku KGB powinno pozyskać go do współpracy na terenie Polski.
Zobowiązać do donoszenia na kolegów. Brakuje elementu utrzymania go na
smyczy. Ten młodzieniec jest w ogóle złą osobą do werbunku. Wygląda na
człowieka, który lubi być w centrum zainteresowania, ale nie jest też
asertywny. Świadczy o tym jego próba gry z KGB. Czy KGB mogło nie
wyczuć, jaki to typ charakteru? Że kiedy temu młodzieńcowi coś się nie
spodoba, to nie tyle odmówi współpracy, co zrobi z tego aferę? Takich
ludzi się nie pozyskuje. To nie znaczy, że nie wierzę w ten werbunek i
prawdziwość tych wszystkich wydarzeń. Bezpieka PRL w podobny sposób
werbowała ludzi. KGB chyba od razu uważało, że nie jest to cenny agent.
Dlatego spotykali się z nim w parku, a nie w konspiracyjnym lokalu.
Jednak o procedurze werbunku chłopak nie mówi na pewno całej prawdy.



Ta publikacja może nawet ucieszyć białoruskie służby. Będzie
ostrzeżeniem, czym kończy się działalność opozycyjna. Zwłaszcza gdy
upublicznione zostaną materiały kompromitujące tego studenta. Może być
też tak, że KGB dowiedziało się (z podsłuchów lub rozmów z innymi
stypendystami), iż zagrożony jest ważny agent. Szum wokół tego chłopaka
może odwracać uwagę od kogoś innego. Nasz bohater niekoniecznie musi
być wciąż pod wpływem KGB. On jest przewidywalny i chyba łatwo go
rozgryźć. Być może wystarczyło odbyć z nim kilka rozmów, by podsunąć mu
taki pomysł. Być może KGB liczyło, że chłopak zostanie zwerbowany przez
polskie służby. Mieliby wtedy podwójnego agenta.



Przy wszystkich tych zastrzeżeniach, uważam, że publikacja jest
słuszna. Pokazuje, że racja jest po stronie opozycji. Po drugie
werbunek jest dramatem i trudno jest się do tego przyznać. Może ta
opowieść pokaże innym, że dużo większym złem jest współpracować dalej,
niż wyznać prawdę kolegom.

Dla kogo „towarzysz prezydent”, dla kogo „tatuś”…

Po wczorajszej wiadomości o decyzjach personalnych coraz wyraźniej popychających syna prezydenta w ślady ojca, dziś prezentuję wywiad z Wiktorem Łukaszenką przeprowadzony trzy lata temu. Warto porównać z tym, co się dziś mówi na jego temat.

Warto też zwrócić uwagę, jaka z całej rozmowy przebija przaśność i prowincjonalność. Nawet gdy mowa o pracy w ministerstwie spraw zagranicznych, to zdawać by się mogło, że chodzi o syna sekretarza partii w Pułtusku… 😉

Komsomolskaja Prawda, 27 maja 2003

Igor Czerniak

Wiktor Łukaszenko, syn prezydenta Białorusi: Dla kogoś "towarzysz prezydent", a dla mnie – "tata".

Wszystko, co związane z życiem dzieci prezydentów państw Wspólnoty Niepodległych Państw, owiane jest mgłą tajemnicy. Tym niemniej jakakolwiek informacja przedziera się – na obszarach posowieckich osoby takie znane są jako zadufane, wpływowe i – co najważniejsze – bardzo bogate. Niech córka Jelcyna kupi zamek w Niemczech, niech odbędzie się wesele dzieci Akajewa i Nazarbajewa, przechodzące wyobrażenie swoim przepychem, niech syn Gajdara Alijewa przejmie kontrolę nad największymi polami naftowymi – ludzie już się nie dziwią: im wolno wszystko.

Postać starszego syna Aleksandra Łukaszenki odróżnia się od tej grupy: okazuje się, że potomek prezydenta też może być zwyczajnym człowiekiem. Zresztą, osądźcie sami.

A po co do armii?

– Wiktorze, chodzą o panu najróżniejsze słuchy…

– Jak to zwykle o dzieciach dowolnej głowy państwa.

– A więc od początku: Zacznijmy od pańskiej służby w specjalnych oddziałach wojsk ochrony pogranicza. Po co? Przecież synowi prezydenta byłoby łatwo uniknąć wojska. Zachciało się przygód?

– Ogólnie ma pan rację: Skończyłem uniwersytet ze studium wojskowym, byłem porucznikiem i mogłem obejść się bez służby wojskowej. Ale chyba mam staroświeckie przekonania – facet powinien swoje odsłużyć. Częściowo był w tym też na pewno pęd do przygody. Tak w ogóle, chciałem przejść tę drogę, stać się prawdziwym mężczyzną.

– Czym się pan zajmował w wojskach ochrony pogranicza i w jakiej randze?

– Przyszedłem jako starszy lejtnant [stopień pomiędzy porucznikiem a kapitanem], zakończyłem jako kapitan. Mam medal "Za wyróżnienie się w ochronie granicy państwa".

– Czym się pan wyróżnił?


Zadaniem naszego oddziału była walka z nielegalną migracją i przemytnictwem. Ale staraliśmy się łapać nie tylko nielegalnych imigrantów i przemytników, ale też organizatorów. I moim zdaniem czasami nieźle nam to wychodziło. W efekcie za szereg operacji nasza grupa została odznaczona.


– Mówi się, że ojciec był przeciwko nagradzaniu pana?

– Powiem tylko, że wszyscy nasi oficerowie otrzymali ordery, a mnie wręczono medal.

– Zgodnie z prawem białoruskim – jest pan osobistością, która podlega ochronie. Jak mając ten status można być członkiem oddziałów specjalnych? Ochroniarze towarzyszyli panu w operacjach?

– Oczywiście, że nie.

– A gdzie ochrona była, gdy łapał pan przemytników?


Przepraszam, to delikatny temat, nie chciałbym go dotykać. Powiem jedno: służyłem bez ochrony i w ogóle starałem się bez tego obchodzić.


"Nie mam nic przeciwko biznesowi…"

– Dlaczego po wyjściu z wojska poszedł pan do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a nie zajął się pan na przykład biznesem – jak dzieci większości urzędników państwowych?


Przecież z wykształcenia jestem dyplomatą. Nie mam nic przeciwko biznesowi, nawet uważam, że w zasadzie to niezła sprawa. Ale ja mam inny charakter: wydaje mi się, że to nie dla mnie. Poza tym, synowi prezydenta jakoś nie bardzo wypada iść w biznes. Doszedłem do wniosku, że moje miejsce jest w służbie publicznej.


– Czy uważa się pan za zamożnego człowieka?

– Żyję jak klasa średnia – nie powiem, żebym przymierał głodem czy nie miał co na siebie włożyć. Nie zaciskam pasa.

– Jaki ma pan samochód?

– Prywatnego nie mam.

– Przychodząc do Ministerstwa Spraw Zagranicznych – znał pan języki obce?


Mój pierwszy język to niemiecki, a drugi – angielski. Pierwszym władam dość swobodnie, a angielskiego troszkę zapomniałem, bo rzadziej przychodziło się nim posługiwać – ale potrafię rozmawiać na przyziemne tematy.


– Czy dzięki pracy w ministerstwie miał pan możliwość wyjeżdżać za granicę?


Możliwość oczywiście była. Mamy zasadę: odpracowałeś dwa lata – potem rotacyjna delegacja. Cały mój wydział już się rozjechał. Ja też podczas swojej pracy wyjeżdżałem – do Niemiec, Austrii, krajów Beneluxu, to znaczy do tych, którymi zajmował się nasz wydział. Ale nie wytrzymywałem tam dłużej niż miesiąc – ciągnęło do domu. A i moja praca za granicą mogłaby wywołać pewne problemy, związane z tym, że jestem synem głowy państwa. Trzeba było brać to pod uwagę.


– Skąd pana decyzja o przejściu z ministerstwa do instytutu naukowo-badawczego?


Wie pan, póki jest się młodym, trzeba się realizować. W ministerstwie, jak by nie było ciekawie, ale to głównie papierkowa robota. Chciałem czegoś żywszego.


– Niczego sobie: czy w instytucie praca jest żywsza?! A może mówią prawdę, że ten instytut pod pokojowym szyldem handluje bronią?

– Przepraszam, ale nie mam prawa rozmawiać o mojej nowej pracy – jestem tam niespełna miesiąc.

– Czy oficjalnie zajmuje się Instytut Naukowo-Badawczy Środków Automatyzacji "Agat"? Czy to tajne?

– To wcale nie tak. On zajmuje się też produkcją cywilną, nie tylko wojskową.

– Czy to prawda, że podlega tam panu cały wydział?

– Nie.

"Zostać prezydentem? Ależ co pan mówi?!"

– Jakie są pana relacje z młodszym bratem?

– Jak najcieplejsze. Teraz Dimka ma 23 lata i służy tam, gdzie ja kiedyś.

– Mówiono mi, że zamierza zostać pogranicznikiem?

– Parę razy rozmawialiśmy na ten temat. Zrozumiałem jedno: póki co, jemu się podoba. A co dalej – to już jego decyzja.

– Zna pan dzieci innych prezydentów?

– Nie.

– Kim jest pańska żona?


Lilia jest młodsza ode mnie o 4 lata. Tak jak ja, pochodzi ze Szkłowa. Przez 13 lat mieszkaliśmy na jednej ulicy, zanim zaczęliśmy się spotykać. Po pięciu latach pobraliśmy się. Teraz ona pracuje w koncernie "Biełchudożpromysły" jako specjalista pierwszej kategorii.


– Czy często rozmawia pan z matką?

– Przez telefon – regularnie. A do Szkłowa jeździmy mniej więcej raz w miesiącu, zwłaszcza wiosną i jesienią, gdy trzeba pomóc w gospodarstwie.

– Czy nie próbował pan sprowadzić jej do Mińska – bliżej siebie?

– Ona chętnie przyjeżdża do nas w gości – pasuje to i jej, i nam.


Ciekawe, jak zwraca się pan do ojca w obecności osób postronnych – "tato", "Aleksandrze Grigorijewiczu", "towarzyszu prezydencie", czy może "panie prezydencie"?

– W oficjalnych sytuacjach praktycznie nie spotykamy się. Nie towarzyszyłem mu w ani jednej wizycie. A w domu, oczywiście nazywam go tatą.

– Czy często się spotykacie?

– Jasne, raz na dwa-trzy dni. Dwa razy w tygodniu gramy w hokeja, a dni wolne spędzamy razem.

– Czy naradzacie się wspólnie, podejmujecie decyzje?

– Naturalnie. Nie chcę powiedzieć, że on mówi jak mam żyć, ale poradzić się i postępować według tych rad – to uważam za normalne.

– Wasz krąg towarzyski?


Mam dużo znajomych, ale tylko dwóch bliskich przyjaciół. Jeden jeszcze z dzieciństwa, a z drugim zeszliśmy się, gdy służyłem w wojsku. Chodzimy do nich w gości, oni – do nas, czasem siedzimy gdzieś w kawiarni, jeździmy za miasto. Żyjemy zwyczajnie, jak wszyscy.


– Jakie ma pan hobby oprócz hokeja?

– Lubię czytać. Głównie kryminały i fantastykę – żeby oderwać się od pracy.

– Czy jest pan wiernym "łukaszenkowcem"? Politykę ojca popiera pan w stu procentach?

– Popieram ją w całej pełni.

– Czy daje pan czasem rady na temat kierowania państwem?


W naszej rodzinie nie jest przyjęte, żeby dzieci wtrącały się do decyzji ojca. Oprócz tego, nie mamy wystarczająco dużo informacji, żeby udzielać wartościowych rad. Choć w niektórych momentach, oczywiście, wypowiadam swoje zdanie.


– Czy ojciec się do niego przychyla?

– Zwykle wysłuchuje. Ale decyzje zawsze podejmuje sam.

– Nie ma pan myśli, żeby wziąć przykład z USA, gdzie Bush junior nastąpił po Bushu seniorze? Czy myśli pan o tym, żeby też zostać prezydentem?

– Ależ co pan mówi?! Ja takiego szczęścia nie chcę.

…Spotkaliśmy się z Wiktorem w minioną niedzielę w gabinecie sekretarza prasowego prezydenta Białorusi. Wydało mi się warte uwagi, że przed wejściem tutaj – skromnie zastukał do drzwi. Według mnie, to mówi o synu Łukaszenki nie mniej niż jakakolwiek charakterystyka służbowa.

Dynastia Łukaszenków

O białoruskich wyborach samorządowych dość naczytaliśmy się w gazetach. Napiszę dziś o wydarzeniu związanym poniekąd z minionymi wyborami, ale w gruncie rzeczy dużo od nich ważniejszym.

Prezydent Łukaszenka szykował swojego starszego syna Wiktora na stanowisko mera miasta Bobrujska. Jednak niespodziewanie zmienił zdanie i zamiast do Bobrujska wysłał go do Rady Bezpieczeństwa Republiki Białoruś. W tym ważnym organie zasiada prezydent, premier, szef administracji prezydenta, przedstawiciele obu izb parlamentu, przedstawiciel banku narodowego, minister finansów i ministrowie resortów siłowych.

Dotychczas Wiktor Łukaszenko piastował stanowisko pomocnika prezydenta do spraw bezpieczeństwa narodowego. Jak dotąd, pomocnicy prezydenta nie wchodzili w skład Rady Bezpieczeństwa. Obecnie zatem – zdaniem białoruskich mediów – status starszego syna Łukaszenki został praktycznie zrównany ze statusem szefa KGB lub ministra spraw wewnętrznych.

Z czym związana jest nowa nominacja Wiktora Łukaszenki – tego prezydencki dekret nie wyjaśnia.

Internauci komentują:

  • Oto ona! Zaginiona w XIV wieku gałąź Rurykowiczów! W końcu się znaleźli…
  • Należy oczekiwać poprawki do Konstytucji Republiki Białoruś: „Kandydat na prezydenta Republiki Białoruś w momencie wyboru powinien posiadać nie mniej niż jedno dziecko płci męskiej, które automatycznie zostaje członkiem Rady Bezpieczeństwa Republiki.”
  • A w czym problem? Mój syn uczy się na ślusarza. Wyuczy się – zostanie głównym inżynierem w mojej firmie. Gdy umrę – będzie dyrektorem. Co tu złego?

Linki:

Poślubić takiego Łukaszenkę…

Internautka Zosianoga w niedawnym komentarzu napisała mi: "swoją drogą co za nieszczęście poślubić takiego Łukaszenkę…"

Postanowiłam przekonać się, jak to naprawdę jest. Poniżej moje tłumaczenie wywiadu z Galiną Łukaszenko, żoną prezydenta Białorusi:

Komsomolskaja Prawda, 30.9.2005

Anna Laszkiewicz

Żona prezydenta Białorusi Galina Łukaszenko: Sasza chodził do mnie na randki po cztery kilometry

U startu politycznej kariery Aleksandra Łukaszenki dziennikarze często przeprowadzali wywiady z jego żoną Galiną Rodionowną. A ona – kobieta dobra i prostoduszna – nie potrafiła odmówić. Jednak wkrótce skończyły się nieformalne rozmowy z prasą. I oto wiele lat później…

Małżeństwo Galiny i Aleksandra Łukaszenków w tym roku kończy 30 lat. Lecz przez ostatnie lata małżonkowie żyją osobno. Najpierw Aleksander Łukaszenko został wybrany na deputowanego do białoruskiego parlamentu i żył w rozjazdach – to w Mińsku, to w rodzinnych Ryżkowiczach pod Mohylewem. W 1994 roku, gdy Łukaszenko został prezydentem, Galina Rodionowna nie kwapiła się z przeprowadzką do stolicy. Przyczyny były dość poważne – synowie właśnie kończą szkoły, gospodarstwa przekazać nie ma komu: mamie? teściowej? Ale synowie przenieśli się do Mińska – poszli na uniwersytet. A potem prezydent przywiózł do stolicy również swoją matkę. I Galina Rodionowna została sama. Lecz nawet i teraz nie wybiera się do męża. Przyjeżdża do synów i wnuków na święta, a żyje jak dawniej w solidnym, ale najzwyklejszym ceglanym domu. Małżonka prezydenta pracuje jako główny specjalista do spraw leczenia sanatoryjnego w rejonie szkłowskim. Ma malutki gabinet.

– Gdzie poznaliście się z Aleksandrem Grigorijewiczem?

– Uczyliśmy się w jednej szkole, on rok wyżej. Nasza rodzina najpierw mieszkała w rejonie wileńskim, tam skończyłam siedem klas. Potem przenieśliśmy się w strony ojczyste mamy, do rejonu szkłowskiego. Sasza był taki przystojny, często prowadził wieczorki szkolne, mnóstwo dziewczyn się w nim kochało. Dostawało mi się za to – przyjechała, mówili, i najlepszego chłpaka poderwała. U nas w domu była dobra biblioteka, żyliśmy niebogato, ale na książki pieniędzy nie żałowaliśmy. Sasza dużo czytał, ja też. To nas zbliżyło.

– I kto za kim biegał?

– Ja nigdy nie biegałam za nikim. A on przychodził do mnie na randki z Aleksandrii – cztery kilometry w jedną stronę, cztery w drugą. W każdą pogodę: deszcz, zamieć, śnieg. Spacerowaliśmy głównie wokół domu. Moja mama Jelena Fiodorowna wychowywała mnie i moją siostrę surowo, pracowała w naszej szkole jako kierowniczka. Broń Boże, żebyśmy jej nie słuchały!

Potem Sasza poszedł studiować do Instytutu Mohylewskiego na wydział historii, a za rok – ja. Dalej spotykaliśmy się. Pobraliśmy się, gdy ukończyłam trzeci rok, a Sasza już otrzymał dyplom. W dzisiejszych czasach stosunki między młodymi zmieniły się: gdy byliśmy młodzi – żyć bez ślubu, i to jeszcze jawnie – o tym nawet nie wolno było pomyśleć. Nie mówię, że teraz młodzież gorsza, po prostu oni są całkiem inni.

– Jak on się pani oświadczył?

– To dziwne, ale nie pamiętam. To się jakoś rozumiało samo przez się, że się pobierzemy. Moja mama zanadto się nie ucieszyła, miałam się jeszcze rok uczyć, ale nie protestowała. Sasza poszedł do armii. A ja skończyłam studia. Potem urodził się Witia.

"Na wieś sprowadziliśmy się z powodu syna"

Jak wszystkim, na początku było nam trochę ciężko, ale wszystkiego starczało. Przenieśliśmy się do Mohylewa, wynajęliśmy mieszkanie. U Saszy wszystko było dobrze w pracy, ja znalazłam pracę w szkole. Przepracowałam tam wszystkiego trzy dni – i zaczęły się nam kłopoty. Witia chorował na wszystkie możliwe dziecięce choroby zakaźne. Spędziłam z nim rok w szpitalach. Czasem rozpacz ogarniała. Pamiętam, biegnę do apteki. Pierwszy maja, wszyscy świątecznie ubrani, śmieją się. A ja już zapomniałam, co to jest normalne życie, święta. Mieliśmy szczęście, że spotkaliśmy dobrego, doświadczonego lekarza. On powiedział: chcecie uratować syna – przeprowadźcie się na wieś, najlepiej, żeby chłopiec mieszkał w drewnianym domu. Więc wyjachaliśmy z Mohylewa. Zatrudniłam się w przedszkolu, żeby być obok syna, o szkole musiałam zapomnieć. Mąż zaczął hartować Witię – teraz on jest zdrowy.

O sprawach osobistych (na ile to możliwe)

Idziemy alejami starego parku, który liczy sobie kilka wieków. Jego drzewa zasadzone są tak, że gdy spojrzeć z góry – rysują dwugłowego orła – symbol imperium rosyjskiego. Żonę prezydenta wszyscy znają, ale nikt nie zwraca na nas uwagi.

– Galino Rodionowna, czy braliście ślub w cerkwi?
– Nie, chociaż nie miałabym nic przeciwko. Ale wtedy nie było to przyjęte, a teraz nie wiem, jak mąż na to patrzy.

– Gdy Aleksander Grigorijewicz został prezydentem, kto zdecydował, że zostaje pani w Ryżkowiczach?

– Ja postanowiłam nie jechać, a Sasza nie namawiał.

– Czy Aleksandr Grigorijewicz często bywa w Ryżkowiczach?

– Niezbyt, częściej ja jeżdżę do Mińska.

– Bywa pani w pałacu prezydenckim?

– Oczywiście.

– Jest pani tam gospodynią?
– Jakaż tam ze mnie gospodyni, skoro tam nie mieszkam.

– Czy mąż pomaga pani materialnie?

– Oczywiście, jak każdy mąż żonie.
"Nigdy nie dyskutowałam z nim o sprawach państwa"

– Nie jest pani przykro, że nie mieszka pani w stolicy?

– Nie. Ja sama wybrałam takie życie. Oczywiście, gdy dzieci wyrosły, zrobiło się pusto w domu. Ale dzieci zawsze odchodzą – i w mieście, i na wsi. Samotność mi nie ciąży. Dużo czytam, bardzo lubię chodzić do lasu. Mam bardzo męczącą pracę, ludzie przychodzą przez cały dzień. Staram się pomóc, w czym mogę. Czasem tak jestem wyczerpana, że nie mogę zasnąć.

– Czy często przychodzą do pani ludzie z prośbami do prezydenta?

– Często proszą o przekazanie listów. Na początku było ich niewiarygodnie dużo. Sąsiad z sąsiadem nie potrafili rozdzielić kawałka ziemi – zaraz list do krajana. Sąsiedzi i znajomi prawie nie zwracają się z prośbami, w większości raczej obcy.

– I co pani robi z listami?

– Czytam i jeśli widzę, że rzeczywiście mediacja ani miejscowe władze nie rozwiążą problemu, to przekazuję. Trudno odmawiać, za każdym razem to przeżywam. Niedawno przyjechała kobieta, przeczytałam wszystkie dokumenty, podobno jej syna oskarżono o cudze przestępstwo. Próbowałam pomóc, żeby jeszcze raz zbadano sprawę.

– Czy Aleksandr Grigorijewicz jest o to zły?

– Nie.

– Jak to jest mieć świadomość, że pani mąż jest prezydentem?

– Ja przecież żyłam obok, widziałam jego Я же жила рядом, видела его rozwój. On jest przecież niezwykłym człowiekiem.

– Czyżby do dziś była pani w nim zakochana?

– Oczywiście. (Śmiech)


– Czy dyskutuje pani z nim sprawy państwowe?

– Nigdy. Nigdy nie mieszałam się do jego pracy.

– Przywykła pani do tego, żeby usuwać się w cień?
– Tak, zawsze.


– A kto w rodzinie podejmuje decyzje?

– No, jaką koszulę kupić i co zrobić na obiad – decydowałam ja, a życiowo ważne decyzje podejmował Sasza.



"Za granicą nie byłam i nie ciągnie mnie"

– Gdzie mieszkają synowie?

– Z ojcem w jego rezydencji.

– Kim oni są z zawodu i gdzie pracują?

– Witia ukończył wydział stosunków międzynarodowych, jest teraz pomocnikiem prezydenta. Dima – prawnik od prawa miedzynarodowego. Pracuje jako przedstawiciel prezydenckiego klubu sportowego.

– Ile ma pani wnuków?

– Czworo. U starszego – Wiktoria i Aleksandr, u młodszego – Anastazja i Daria.

– Czy Aleksandr Grigorijewicz często widzi się z wnukami?

– Często, rozpieszcza ich bardziej niż kiedyś synów. Daje im zabawki. Jak Nastia powie mu: "Ja ciebie bardzo, bardzo kocham" – dziadek cały taje.

– Często bywa pani u synów?

– Przyjeżdżam prawie na każde święta. Podoba mi się, jak oni żyją. Pomagają żonom. Od dzieciństwa są tego nauczeni. Mąż przepadał w pracy, córki nie mam, to oni mi zawsze pomagali. Teraz też o nic prosić nie trzeba. Potrafią wszystko naprawić, i kosić, i iść za pługiem. I synowe podobają mi się, dobre dziewczyny.

– Gdzie się pani ubiera?

– Tam gdzie wszyscy, sama chodzę do sklepów.

– Była pani za granicą?

– Nie, i nie ciągnie mnie.

Dom Galiny Rodionowny jest oczywiście najlepszy w Ryżkowiczach, choć do siedzib "nowych Białorusów" jest mu daleko. Wyróżnia się zielonym dachem, wysokim ceglanym parkanem i cudownym klombem wychodzącym wprost na ulicę. Co sił w nogach biegnie ku Galinie Rodionownej bezdomny pies, którego ona dokarmia. W domu mieszka owczarek Bału.

U pierwszej damy Białorusi podobno wszystko dobrze. Tylko oczy smutne, nawet gdy się śmieje.


Album rodzinny Łukaszenków

Wieś, w której urodził się Aleksandr Grigorijewicz Łukaszenko.
Dziś na jego cześć nazywa się ona: Aleksandria.
Miejsce licznych wycieczek i arena cotygodniowych czynów społecznych wykonywanych przez wdzięcznych obywateli.

Aleksandria: W tej skromnej chatce mieszka cioteczna siostra prezydenta.
Właściwie to dziwne, że choć miejscowość sama w sobie jest istną wsią potiomkinowską, to krewni prezydenta mieszkają w nie najlepszych warunkach. Widać prezydent nie zważa na układy rodzinne.
(To i inne przedstawione tutaj zdjęcia z Aleksandrii zrobione były w listopadzie 2006 przez dziennikarzy „Moskowskiego Komsomolca”).

Aleksandria: Fiodor Trofimowicz Łukaszenko, wujek prezydenta.
Mama często zostawiała małego Saszę pod opieką wujka.

 

Aleksandria: Anna Trofimowna Maksimowa z domu Łukaszenko, ciocia prezydenta.

Aleksandria: Jelena Fiodorowna Żełnierowicz, teściowa prezydenta.

Galina Rodionowna Żełnierowicz z przyszłym mężem.
Poznali się w szkole. Aleksandr chodził do klasy rok wyżej.
Koleżanki miały Gali za złe, że ledwie przyjechała jako nowa uczennica – już poderwała im najlepszego chłopaka.

Ślub państwa Łukaszenków

Żona prezydenta doi krowę.

 

Żona prezydenta w 2005 roku.
W tle – wieś potiomkinowska.

Żona prezydenta w roku 2006.

 

 

Prezydent z synami.
Na zdjęciu po lewej – Wiktor, po prawej – Dmitrij.

Wiktor Łukaszenko z ojcem. Przyznać trzeba, że wąsik ma po tacie.

Wiktor Łukaszenko z żoną i córką.

Wiktor następcą tatki?
Prezydent od pewnego czasu wciąga swego starszego syna do polityki.

 


Źródła:

 

Zachodni eksperci…?

Czas trochę się powyzłośliwiać.

Pan Vilhelm Konnander ze Sztokholmu, autor bloga vilhelmkonnander.blogspot.com, reklamujący się jako ekspert od polityki i bezpieczeństwa w Rosji i Europie Wschodniej, prezes Szwedzkiego Towarzystwa Studiów nad Rosją, Europą Środkową i Wschodnią, oraz Środkową Azją, gospodarz mającego się odbyć w 2010 roku Kongresu Międzynarodowej Rady Studiów nad Europą Środkową i Wschodnią

… nie zna rosyjskiego (patrz poprzedni wpis) i w konsekwencji nie radzi sobie z szukaniem informacji w rosyjskojęzycznym internecie.

Mnie na przykład wystarczyło kilkanaście minut, żeby zweryfikować jego zasób wiadomości na temat małżonki prezydenta Łukaszenki. Pan Konnander twierdzi, że nie potrafił znaleźć więcej niż dwa jej zdjęcia oraz nie wysilił się na poszukiwania informacji o niej poza stronami angielskojęzycznymi. Tymczasem ja w ciągu kwadransa znalazłam w internecie kilka kopii wywiadu z Galiną
Łukaszenko, a nawet udało mi się zgromadzić niezgorszy albumik zdjęć
rodzinnych.

Jeżeli wszyscy zachodni eksperci od Białorusi wiedzą o niej mniej, niż ja potrafię znaleźć w Googlach w kwadrans – to bardzo źle wróży temu krajowi…

W następnym wpisie przedstawię moje znaleziska.